NOWY TARG – LUDZIE I OBYCZAJE. Garnitury i eleganckie koszule, w które – jak jeden mąż – przyodziali się nowotarscy radni na ostatnią tego roku, budżetową sesję, nieliczna publiczność uznała za zwiastun bliskiej może przemiany. Przepowiednie rychłego końca świata, nawet, jeśli nie trafione w datę (bo „…o dniu owym nie wie nikt, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”) – mogły przecież poruszyć wyobraźnię i sumienia. A grono tych, których wybrał lud, o przemianę woła, jeśli już nie wszyscy w nim podają sobie rękę…
Świadkowie kilkugodzinnej sesji (dyrektorzy miejskich jednostek, urzędnicy, dziennikarze i nieliczni zapisani do głosu) mieli więc nadzieje, że będą też świadkami przełomu i takie szeptane przypuszczenia krążyły w tylnych rzędach krzeseł. Betlejemska gwiazda nie wszystkich jednak ogarnia swoim światłem.
Względna ekumenia między „opozycją” a „grupą burmistrza” panowała do chwili, gdy pod obrady wszedł punkt dotyczący wysokości opłat targowych.
Wtedy bowiem radny Janusz Tarnowski – co prawda z dużym wahaniem w głosie, ale jednak – postanowił się upewnić, czy osoba figurująca na miejscu szóstym przyjmowanej przez Radę do wiadomości listy „inkasentów opłat targowych na terenach nie będących własnością miasta” to aby małżonka burmistrza.
Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, starał się – najdelikatniej jak mógł – zapytać, czy to zgodne z wysokim standardem etycznym, by burmistrzowa połowica zbierała opłaty na swojej działce, jeśli jest przecież zatrudniona w szkole i może mogłaby np. zlecić tę czynność komuś uboższemu.
– Obowiązkiem burmistrza jest zwrócić się do osób będących właścicielami terenu z pytaniem, czy są zainteresowane pobieraniem opłaty targowej – wtrącił wówczas skarbnik miasta, Łukasz Dłubacz. – Chodzi o to, żeby opłaty były pobierane i podnoszenie kwestii etycznych jest tu co najmniej dziwne. Trudno mieć pretensje, że ona tam ma działkę. Poza tym jest jedną z około pięćdziesięciu inkasentów.
Ale jeszcze dalej w stronę jawności poszedł sam burmistrz Marek Fryźlewicz, korzystając z sesyjnego zgromadzenia, by oświadczyć wobec radnych, publiczności i mediów, że na terenie miasta oboje z żoną mają w sumie kilkanaście działek, nie objętych jednak wspólnotą majątkową. No bo jeśli ktoś jest „z pnioka”, nie zmieniał miejsca zamieszkania i nazwiska, to zawsze coś dziedziczy po przodkach… Nie zamierza jednak, żeby nie być posądzonym o prywatę, preferować w inwestycyjnych zadaniach dróg prowadzących do tych działek.
W tym momencie zapisana do głosu dr Anna Ujwary z osiedla Bohaterów Tobruku musiała z bólem pojąć, czemu jej determinacja w walce o asfalt i oświetlenie dla ulicy wciąż jest bezskuteczna. Gdyby był na sali ex-radny z osiedla Na Skarpie, Andrzej Fryźlewicz „Bomba” – też by z goryczą pojął, czemu tak długo bez efektu walczył o remont Nadmłynówki…
Ale na „deklaracji majątkowej” burmistrza nie skończył się etyczny i „honorowy” wątek budżetowych obrad.
Przewodniczący Rady, Paweł Liszka, postanowił ujawnić fakturę, z którą zetknął się, obejmując swoją funkcję po wrześniowo-październikowym przewrocie w Radzie. Chodzi o opiewający na 540 złotych polskich rachunek za pióro „Parker” nabyte przez „opozycyjne” kluby jako prezent pożegnalny dla ustępującego przewodniczącego, Michała Glonka. Zakup prezentu bowiem nie był skonsultowany ze służbami księgowymi (co jest wymogiem w magistracie i każdy rachunek sygnują trzy osoby), a faktura została do biura Rady „podrzucona”.
Michałowi Glonkowi, który – przekazawszy funkcję – mógł o tej fakturze nie wiedzieć, a przyjmował „Parkera” po prostu jako prezent od kolegów, wiedząc, że są wśród nich osoby majętne, które stać na „zrzutkę”, zapewne zrobiło się „łyso”. Ale cóż winien obdarowany…
Od personalnych wycieczek i licytowania się w stylu „ja jestem starszy i mam doświadczenie” i „…a ja jestem młodszy i mam dobrą pamięć” – zrobiło się gęsto. Część obecnych na sali słuchała tego z wyraźnym zażenowaniem.
Próbując jakoś wyjść z etycznych zakrętów, przewodniczący Rady, po zakończeniu obrad, jak to było kultywowane od lat, zaprosił urzędników i radnych na tradycyjną lampkę szampana i noworoczne życzenia.
Dwoje radnych – spiesząc się do osób bliskich w szpitalu – miało istotny powód, by nie skorzystać z zaproszenia.
Ale jednak nie skorzystała cała „opozycja”. Poszło na lampkę i życzenia tylko 11 radnych, czyli cała „grupa burmistrza”.
* * *
Kilkanaście lat temu ks. prałat Mieczysław Łukaszczyk zapoczątkował z kolei tradycję zapraszania całej Rady Miasta i władz na spotkanie opłatkowe połączone z obiadem na plebanii „u św. Katarzyny”, jako że magistrat sąsiaduje z parafią. Odbywało się to zawsze w styczniu.
Kontynuuje ten zwyczaj jego następca, ks. proboszcz Marian Wanat. Jeśli i teraz, w styczniu, ponownie zaprosi on to grono „na opłatek”, to, Księże Proboszczu – duże misyjne wyzwanie przed Księdzem…