LESKOWIEC, BESKID MAŁY, k. WADOWIC. Nocny Październikowy Złaz na Leskowcu narodził się na początku lat sześćdziesiątych, jako impreza turystyczna braci akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Gdy oficjalna forma rajdu – w zderzeniu z nowymi realiami – zakończyła swój żywot, grupa jego stałych uczestników, fanów piosenki turystycznej, postanowiła dochować tradycji i już prywatnie spotykać się w trzeci weekend października w tym samym, historycznym już miejscu.
Złaz na
Leskowcu
trwa dwa dni, a właściwie dwie prześpiewane noce. Noc pierwsza – to ognisko w Ponikwi, w ogrodzie domu letniskowego jednego z uczestników. Tradycyjnie „rej wodzi” Andrzej Mróz, od niemal 50 lat tworzący coraz to nowe i nowe piosenki turystyczne (w grudniu ubiegłego roku mistrz Andrzej dał koncert w ratuszu w Nowym Targu). Gdy „budzi się świt”, wówczas „ogniska dopala się żar”, a instrumentaliści i wokaliści udają się na spoczynek.
Wieczorem dnia następnego wszyscy spotykają się w dworku Emila Zegadłowicza w Gorzeniu, na kameralnej mszy św. dla uczestników Złazu. Po wspólnej kolacji – wymarsz z Ponikwi na Leskowiec. Stromo jak czort, buty grzęzną w poduchach poetycko szeleszczących liści, a sam Leskowiec jakby zapomniał, że przecież wznosi się w Beskidzie Małym, więc choćby z tego powodu nie powinien wymagać aż dwóch i pół godziny podejścia.
Ci, którzy idą pierwszy raz, są przekonani, że skoro na Leskowcu jest schronisko, to, ktoś kto mówi, że wcale nie idziemy do schroniska, robi po prostu „nowych” w konia! Nie ma, jak pośpiewać przy gitarze w schroniskowym zaciszu.
Nic z tych rzeczy – ze szczytu bezdrożami schodzimy na małą polankę (tę samą od pięćdziesięciu lat!), gdzie już „jasno płonie watra w lesie”. Koncertują Jan Marchaj i Kazimierz Urbańczyk (wiek łączny 129 lat). Grają do świtu, z przerwami na występy gości, którymi byli tym razem Olek Fidziński ze Skawiny oraz piszący te słowa. Repertuar studencko-turystyczny.
O 5.45, „kiedy ranne wstają zorze”, zostaje odśpiewany w postawie zasadniczej hymn rajdu „Nie oddamy Chinom Związku Radzieckiego” i po zagaszeniu ogniska rozpoczyna się powrót w kipiące mgłami doliny.
„Graj nam, graj, pieśni skrzydlata” i… do zobaczenia za rok!
Fot. Jolanta Apostoł