Nie żyje Anna Olszyńska – wzór działalności charytatywnej

RABKA-ZDRÓJ. Anna Olszyńska, wieloletnia prezes rabczańskiego oddziału Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej, honorowa obywatelka miasta dzieci świata, mająca tytuły Mikołaja Roku i Amicus hominanna olszynsak2um, a równocześnie osoba pełna ciepła i wrażliwości nie żyje. Jej pogrzeb zakończył pewien rozdział Rabki.

Pani Anna urodziła się w 1925 roku w Podlipcach w powiecie złoczowskim. Tuż po II wojnie światowej po trudnych latach wojny, w której straciła najbliższych, pojawiła się na Podhalu. Początkowo przez rok pracowała w gminie Raba Wyżna, potem wyjechała do Wrocławia, gdzie ukończyła studium medyczne dla pielęgniarek. Po powrocie do Raby Wyżnej założyła punkt opieki nad matką i dzieckiem oraz przedszkole. Rozpoczęła sprowadzanie żywności z Ameryki i osobiście zajmowała się jej rozdziałem wśród potrzebujących. W 1951 roku wyszła za mąż.

Pięć lat potem zamieszka w Rabce-Zdroju, gdzie przez lata działała społecznie, na niwie samorządowej i charytatywnie. Od 1968 roku działała w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej, a przez ponad 40 lat pełniła funkcję prezeanna olszynska1sa komitetu w Rabce. Szczególną troską otaczała zawsze chore dzieci, współpracowała z lekarzami, pomagała szpitalom, a także bezrobotnym i bezdomnym oraz rodzinom wielodzietnym.

Nie można pominąć i działalności społecznej pani Anny. Po 1989 roku współorganizowała ona komitet obywatelski w Rabce, była radną, działała w komisji zdrowia, opieki społecznej i przestrzegania prawa w sejmiku wojewódzkim urzędu marszałkowskiego w Krakowie.
Była nie tylko zasłużoną działaczką społeczną, założycielką i wieloletnią prezes Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Rabce-Zdroju, ale także członkiem honorowym sejmiku województwa małopolskiego.

W 2006 roku otrzymała tytuł Mikołaja roku na wniosek dzieci sanatoryjnych, złożony w ich imieniu przez prezesa Uzdrowiska Rabka S.A. Andrzeja Kowalczyka. Rok potem otrzymała tytuł Amicus hominum w kategorii polityka społeczna. Nagroda owa przyznawana jest osobom prywatnym niosącym bezinteresowną pomoc i wspierających najbardziej potrzebujących. Anna Olszyńska dyplom i odznakę otrzymała – jak podkreślili członkowie kapituły honorowej – za: wieloletnią działalność w służbie wszystkim potrzebującym, za ogromną pracę i zaangażowanie, a także za niezwykłą operatywność w pozyskiwaniu pomocy materialnej oraz za owocną wieloletnią współpracę z organizacjami z zagranicy. Jej kandydaturę do konkursu zgłosił były burmistrz Rabki-Zdroju Antoni Rapacz.

Warto przypomnieć, że pani Anna Olszyńska, pochodziła z ormiańskiej szlacheckiej rodziny Torosiewiczów z Podola. Działalność charytatywną ma we krwi. Sama zajmowała się mając zaledwie 14 lat. Jej rodzina od pokoleń prowadziła działalność filantropijną. Jej pradziadek dr Józef Torosiewicz, znany i szanowany obywatel Lwowa ufundował Zakład Wychowawczy dla ubogiej młodzieży ormiańskiej zwany Bursą Torosiewicza, a jego pomnik w otoczeniu dzieci ufundowany z kolei przez wdzięcznych lwowiaków do dziś stoi na cmentarzu Łyczakowskim, to nikt inny, jak pradziadek pani Anny!

Natomiast jej rodzice – Natalia Demidow – Panow z grecko – rosyjskiej arystokratycznej rodziny związanej blisko z dworem Romanowów (jej siostra Anna, dama dworu cara Mikołaja II została wraz z rodziną carską zasztyletowa przez bolszewików) oraz Kajetan Torosiewicz, potomek słynnego arcybiskupa Mikołaja, sekretarza króla Władysława IV, który w XVII wieku pozyskał Ormian dla kościoła katolickiego, związany z kolei z dworem cesarza Franciszka Józefa (jego kuzynka z węgierskiej części rodziny była damą dworu cesarzowej Sissi) – tuż przed świętami wozy wypełnione smakołykami: mięsem wędlinami i ciastami kazali wieść do wszystkich ubogich rodzin.

Pani Anna w rozmowie ze mną wspominała, jak wraz z siostrą Jadwigą były „krótko trzymane” przez mamę i tatę. Miały obowiązek nie tylko dobrze się uczyć, ale w dni wolne od szkoły miały stawić się o 5 rano do dojenia krów, musiały zajmować się i końmi. A gdy nie pojawiły się o określonej porze przy stole, zostawały głodne… Krzesło zastawały bowiem odstawione. To wszystko jednak pomogło pani Annie przetrwać wojnę. Jej siostra miała mniej szczęścia, wywieziona w głąb Związku Radzieckiego w czasie wojny zginęła bez śladu.

– Miałam 14 lat, gdy wybuchła II wojna światowa, to wtedy rozpoczęła się moja działalność charytatywna – mówiła mi podczas jednej z wielu rozmów pani Anna. Wspominała, iż tuż po wkroczeniu Armii Czerwonej została wraz z rodziną usunięta z majątku. Pamiętała palone dzieła sztuki zbierane przez pokolenia, wyrzucane książki… – Z rodzicami wyjechałam do Lwowa, zatrzymaliśmy się u cioci. Na własne oczy zobaczyłam wtedy wielką biedę, kolejki, w których po żywności stało się po kilkanaście godzin. Przed wojną byłam członkiem tzw. Przysposobienia Obronnego, więc tuż po wybuchu wojny, zgodnie z rozkazem mojego komendanta hufca, rozpoczęłam zbiórkę bandaży, leków i żywności dla polskich żołnierzy, bowiem w tym czasie w pierwszej kolejności zaopatrywano Rosjan. W 1942 wkroczyli do Lwowa Niemcy. W czasie ich okupacji ojciec mógł administrować naszym majątkiem w Podlipcach. Nie brakowało nam wtedy żywności, a w pobliżu był obóz jeniecki. Tam był ogromny głód! Podchodziłam, więc często pod ogrodzenie i rzucałam żołnierzom, nie patrząc na ich narodowość, chleb. Musiał pomóc, tak czułam w sercu. Przez palce patrzyli na to strażnicy, czasem tylko Niemiec mi pogroził…

Potem przez kolejne już lata swej wieloletniej działalności charytatywnej organizowała transporty żywności, ubrań, a nawet i mebli dla tych, którzy sami nie potrafili się uporać ze swą biedą. Nie zapominała o dzieciach, przygotowując dla nich prezenty na św. Mikołaja i na Dzień Dziecka, organizowała zabawy noworoczne, wigilię dla samotnych, Dzień Seniora. Jej podopieczni mogli liczyć na paczki przed każdymi świętami. Pomagała szpitalom, sanatoriom, szkołom sprowadzając do nich brakujące sprzęty. W jednej z rozmów ze mną jeszcze w 2008 roku zapewniła, że to co robi, to wpływ jej ojca. – Zawsze uczestniczył on w organizowaniu imprez dobroczynnych. Jako dziecko zostałam przez rodziców uczulona na ubóstwo, biedę, niedostatek… Wpoili mi pracę na rzecz innych, nieradzących sobie z życiem…

Jak pani Anna Olszyńska trafiła na Podhale? Otóż jesienią 1944 roku pani Anna wraz z rodzicami trafiła do Raby Wyżnej. – Ojciec znał rodzinę Głowińskich, właścicieli wsi. Tam zastaliśmy głód, a przeżyliśmy tylko dzięki życzliwości tamtejszych mieszkańców i księdza proboszcza Polańskiego. Pomogła mi i umiejętność, którą nabyłam w dzieciństwie dojenie krów. Rosjanie za wydojenie krów dawali mi 5 litrów mleka. Tuż po wojnie pani Anna rozpoczęła pracę w rabiańskim urzędzie gminy z przerwą na naukę we Wrocławiu, gdzie ukończyła studium medyczne. Po powrocie z nauk w Rabie Wyżnej założyła przedszkole oraz punkt opieki nad matką i dzieckiem. Zajmowała się w tym czasie sprowadzaniem i rozdziałem żywności oraz odzież z UNRY, amerykańskiej fundacji. Gdy już, jako mężatka w 1956 roku zamieszkała w pobliskiej Rabce, nie zaprzestała swej działalności. Nadal organizowała akcje charytatywne, udzielała się w komitecie rodzicielskim, organizowała bale noworoczne, „choinki” i loterie na cele dobroczynne. Od 1968 roku rozpoczęła działalność w PKPS, w którym ponad 40 lat pełniła funkcję prezesa. Organizowała transporty żywności, odzieży, mebli, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego, wyposażała i kościoły. Sprowadziła do nich m. in. ok. 150 organów! Tylko z samej holenderskiej fundacji „Stichting Actie Halland Polen” zorganizowała już blisko 300 transportów. Założyła w uzdrowisku Dom Pomocy Społecznej.

BEATA SZKARADZIŃSKA

Galeria zdjęć z pogrzebu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *