NOWY TARG. Urok i klasa, wrażliwość i talent, erudycja i oddanie sztuce – te konstytutywne cechy osobowości artystki, która zaprosiła nowotarżan na swój pierwszy w rodzinnym mieście wernisaż, były zauważalne dla wszystkich przybyłych. Zwłaszcza dla tych, którzy ze sztuką Lucyny Bełtowskiej wcześniej się nie spotkali.
Autorka – choć z kiludziesięcioletnim stażem w organizowaniu wystaw – nie oparła się wzruszeniu. Bo zawsze z większą tremą staje się przed „swoimi”. Te przeżycia aż nadto tłumaczy fakt, że po raz pierwszy oficjalnie prezentowała swoje dzieła malarskie w Mieście. Do tej pory bowiem dała się poznać w dziedzinie literatury – jako poetka, teraz także jako autorka powieści. Obszerne fragmenty tego autobiograficznego dzieła, w jego pierwszych, nowotarskich rozdziałach – były odczytywane podczas wernisażu. Dzięki nim słuchacze mogli wejść w czas i obraz powojennego Nowego Targu, z jego drewnianymi domkami, gdy ulica Szaflarska nazywała się ulicą Stalina, a o pewnych hasłach z martyrologicznej historii Polski, jak np. o Katyniu, mówiło się trwożliwym szeptem.
Wtedy to małą Lucię dziadek Antoni zabrał do Krakowa, by na Wawelu załatwić jakieś swoje sprawy. Dziewczynka pozostawiona na czas rozmowy dziadka w sali wypełnionej rzeźbami z Kościoła Mariackiego – doznała olśnienia sztuką. Gdy dopytywała potem, jak zrobić, by mieć do czynienia z tym zaklętym w przedziwnych postaciach pięknem, usłyszała, że musiałby „zostać proboszczem w Kościele Mariackim albo przynajmniej kustoszem”. „ – Dobrze, Lucia zostanie kustoszem” – postanowiła przed opuszczeniem Wawelu.
Studenckie życie Lucyny Bełtowskiej w Krakowie różnymi zrządzeniami losu i świadomymi wyborami i własną pracą do tego celu ją przywiodło. Drugie tak silne jak w dzieciństwie olśnienie przeżyła, gdy na I roku studiów polonistycznych weszła na dziedziniec Collegium Maius. Zaczęła wędrować po krakowskich zaułkach i rysować. I stało się: całe swoje studenckie i zawodowe życie związała z Uniwersytetem Jagiellońskim. Zanim jeszcze ukończyła Wydział Filologiczny, została przyjęta do Muzeum Collegium Maius przez prof. Karola Estreichera. Tam spełniała się jako kustosz oraz kierownik Działu Ikonografii i Dokumentacji Fotograficznej. Przez kilkadziesiąt lat pracy była kuratorem, autorką scenariuszy (często także oprawy plastycznej) około kilkudziesięciu muzealnych wystaw, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, a także katalogów do nich.
Przygotowane przez nią ekspozycje (jedna z nich – „Skarby Uniwersytetu Jagiellońskiego” – została nagrodzona w ogólnopolskim konkursie na wydarzenie muzealne roku „Sybilla” organizowanym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego), prezentowane były m.in. w Zamku Królewskim w Warszawie, we Wrocławiu, w Toruniu, Kielcach, Płocku, Pułtusku, jak również we Włoszech – w Rzymie, Bolonii i Padwie.
Prezydent RP odznaczył ją Krzyżami Zasługi – Srebrnym i Złotym – za osiągnięcia w pracy naukowej, muzealnej oraz popularyzację kultury i sztuki.
Całemu jej życiu zawodowemu towarzyszyły rozmaite próby działalności artystycznej, z dominantą jednak literacką. W 2004 wyszedł drukiem jej tomik poezji.
Ciągłe, niespokojne poszukiwanie odpowiedniej formy jest charakterystyczną cechą jej działań podejmowanych na tak wielu polach, a twórczość plastyczna zróżnicowana i podatna na wiele inspiracji – napisał Gabriel Wolski, opiekun wystawy pani Lucyny w MOK-u.
Forma, kształt, materiał mają swoją wielką wagę w tych twórczych próbach.
W sali na piętrze MOK-u zagościło 35 obrazów. Wszystkie – wysmakowane, finezyjne, naznaczone jakby baśniowym widzeniem, opisane poetycką metaforą. Drugim – obok malarstwa – bohaterem tej wystawy jest bowiem poetyckie słowo. Wiersze też zresztą czytała autorka przy wernisażu, budząc podziw lirycznym obrazowaniem, ale też metaforycznością właśnie i konceptem. Literacki kunszt i poczucie humoru jednocześnie objawiła w formach tak precyzyjnych jak np. haiku.
Znaczenie tytułowych „Powrotów do Miasta” artystka tłumaczy dwojako: to z jednej strony nowotarskie reminiscencje, sięganie lat dzieciństwa i nowy wymiar bytności w rodzinnym mieście, a z drugiej – sztuka na kanwie zauroczeń studenckich lat.
Ponieważ zaczęła malować równocześnie z walkami na Ukrainie – jej urokliwe obrazki znaczy powtarzający się, intrygujący element: to dwie małe postaci w czerni i bieli, jakby „zakonniczki”. Mogą one być dramatycznym poselstwem walczącego o suwerenność narodu do kolorowej, zadowolonej z siebie Europy, mogą też wieszczyć zagrożenie. Interpretację zostawiła autorka wrażliwości odbiorcy.
A prezent zgotowali jej – „chrzestnej matce czakramu w niepołomickim zamku” – i wernisażowej publiczności, swoim mini-koncertem o ludziach, czasach, sentymentach i… duchach, krakowscy przyjaciele artystki: Agnieszka i Edward Zawilińscy. Było lirycznie i metafizycznie zarazem.
Fot. Anna Szopińska