GMINA CZARNY DUNAJEC. Szybkie decyzje Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Krakowie i nowotarskiego starosty Krzysztofa Fabera przesądziły, że elektrownia wodna na czarnodunajeckim Kamieńcu jednak nie powstanie. Darowanie gminie ok. 8-arowej działki kończy pięcioletnie starania potencjalnego inwestora i protesty mieszkańców, którzy kolejnej elektrowni wodnej na potoku Czarny Dunajec już nie chcieli.
O tym konflikcie, działaniach gminy i argumentach mieszkańców pisaliśmy ostatnio we wrześniu:
Ludzie to też część środowiska
Podczas
wczorajszej sesji rady Powiatu radny Jacek Stopka-Studencki mógł już dziękować staroście za szybką decyzję po myśli mieszkańców. Starosta bowiem darował gminie kluczową dla spornej inwestycji 8-arową działkę, przekazaną wcześniej skarbowi państwa przez krakowski RZGW.
Dlaczego niewielka, 8-arowa powierzchnia ma takie fundamentalne znaczenie dla trwającego pięć lat sporu? Bo tu właśnie zlokalizowany jest próg, na którym prywatny inwestor chciał zbudować małą elektrownię wodną. Przekazanie działki gminie sprawę planowanej inwestycji zamyka, ponieważ czarnodunajecki wójt Józef Babicz stoi po stronie mieszkańców.
Wcześniej, nie mając własności gruntu, samorząd nie miał administracyjnej możliwości zablokowania tej inwestycji, choć starał się by Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska zweryfikowała swoje pozytywne uzgodnienia dla MEW na Kamieńcu.
Żeby jednak starosta mógł przekazał działkę wójtowi, skarb państwa musiał ją dostać od RZGW. Stało się to dzięki społecznemu komitetowi mieszkańców, który końcem września pojechał do RZG, przedstawił swoje argumenty przeciwko MEW i przedłożył podpisy zebrane pod protestem. Było ich 800 na papierze i 600 zebranych w Internecie za pośrednictwem strony z petycjami. Okazało się też wtedy, że inwestora nie wiązała z RZGW żadna umowa. Był tam wcześniej tylko na rozmowie.
– Alarm w sprawie elektrowni pierwsza podniosła Anna Bałek, której płot byłby oddalony 18 metrów od elektrowni, a dom – 30 metrów – mówi Jacek Stopka-Studencki, radny powiatowy z Czarnego Dunajca. – Kamieniec to enklawa, która zawsze była wykorzystywana jako miejsce spacerowe, a wola mieszkańców jest taka, by powstał tu teren rekreacyjny. Przy coraz niższych stanach wód i dramatycznym ich poziomie w Dunajcu przez osiem miesięcy w roku – chodzi nam o to, żeby woda płynęła w korycie, a nie szła na turbiny. Bo teraz można już suchą nogą przejść przez potok… Mamy też złe doświadczenia z elektrowniami wodnymi w Koniówce i Podczerwonem. Zbudował je były naczelnik referatu ochrony środowiska w nowotarskim starostwie, następnie jedną przepisał na żonę, a drugą na teścia. Oznacza to, że Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, która te inwestycje dopuściła, nie potrafi chronić mieszkańców przed ich oddziaływaniem. Jak podkreślał jeden z urzędników, do tej pory w procesie decyzyjnym ważni byli inwestorzy i związki wędkarskie, a nie mieszkańcy. Dlatego musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Z perspektywy minionych lat można powiedzieć, że małe elektrownie wodne są dobre dla inwestorów, biznesmenów, ale nie dla okolicznych mieszkańców i środowiska. Negatywne skutki ich funkcjonowania przeważają nad korzyściami. Życie biologiczne zamiera.
Dlatego też przed mieszkańcami i społecznym komitetem stoi kolejne zadanie: zablokowania następnych tego typu inwestycji.
Poniżej Kamieńca, na Czarnym Dunajcu, są bowiem jeszcze dwa progi wodne, na których dałoby się małym kosztem zbudować małe elektrownie. Natomiast na 13-kilometrowym odcinku potoku, od Witowa do Czarnego Dunajca, jest takich elektrowni aż 10…
Dlatego, jak zapowiada Jacek Stopka-Studencki, odbędą się zebrania rad sołeckich w zainteresowanych miejscowościach i – przy udziale związków wędkarskich – będzie na nich uchwalane memorandum przeciwko MEW.
Fot. Z archiwum Jacka Stopki-Studenckiego