Z artykułu 12 – rodzinny dramat (aktualizacja)

szaf szkolaPOWIAT NOWOTARSKI. 14-letnia Klaudia w SMS do koleżanek stwierdziła, że ma dość przemocy w rodzinie i popełni samobójstwo. Uruchomiła tym machinę, która sprawiła, że nastolatka została zabrana do domu dziecka… Teraz rodzina walczy o jej powrót. Rozstrzygnie o nim sąd rodzinny. Nie jest to jednak łatwe, mimo, że zarzuty wobec ojczyma się nie potwierdziły, a sam Komendant KPP w Nowym Targu przeprosił rodziców za interwencję…

Jak doszło do rodzinnego dramatu?

– Klaudia, jak dowiedzieliśmy się już po interwencji policji, napisała do koleżanek SMS, że ma rzekomo dość przemocy w rodzinie i że się pocięła. SMS został pokazany szkolnemu pedagogowi. Ten miał spotkać się z Klaudią trzy, cztery razy – opowiada Dorota Kozak, mama Klaudii. – Mam pretensje do szkoły, bo nikt nie zawiadomił o problemie, że córka skarży się na przemoc… Szkoła ma pomagać rodzinie… Tymczasem nie wiedziała o tym co się dzieje też moja siostra, nauczycielka z 20-letnim stażem w Zespole Szkół w Szaflarach, gdzie doszło do tego zdarzenia. Mogli ją przecież tak po koleżeńsku zapytać, jaka jest nasza rodzina… Mój mąż, ojczym Klaudii, chciał ją tylko wychować w szacunku do starszych. Chciał, by pomagała w domu. Klaudia zawsze pyskowała do starszych, a ja i mój mąż byliśmy nauczeni, że jak rodzice coś mówią, to się ich słucha. Klaudia od razu leciała na dół na skargę do dziadków i potem robiła co chciała… Dopiero teraz mamie oczy otworzyła siostra zakonna z placówki, w której znajduje się Klaudia. Powiedziała, że jest ona doskonałą manipulantką i kłamie... – mówi pani Dorota.

23 listopada 2012 roku Dorota i Jacek Kozakowie pojechali po drzewo do znajomych. 

– Klaudii dałam 10 złotych, by ugotowała sobie pierogi – opisuje sytuację matka. – Po 20 minutach, zadzwonił do mnie zdenerwowany brat. Powiedział, że w domu jest interwencja policji w sprawie Klaudii. Pomyślałam: co ona zrobiła? Może coś zbroiła w szkole? Natychmiast wróciliśmy. Klaudia już stała ubrana i spakowana. Policjanci odizolowali ją od nas. Wyjaśnili, czemu zabierają Klaudię. Mąż im wtedy powiedział, że owszem w poniedziałek uderzył Klaudię w twarz, gdy już nie wytrzymał jej pyskowania. Usłyszał zarzut z art. 207. K.K. Groziła mu sprawa karna – relacjonuje pani Dorota. – Byliśmy w szoku. Ja potem jeszcze przez dwa miesiące nie mogłam nawet myśleć, mąż pilnował mnie nocami, bym sobie coś nie zrobiła. Nasz synek 5–letni Oliwier, który był przy interwencji policji, poprzednio spał sam, dziś śpi tylko z nami, sam chodził do łazienki, teraz się boi, nie odstępuje mnie na krok. Gdy jest w przedszkolu prosi panie, aby dzwoniły do mamusi, bo chce usłyszeć mój głos. Byliśmy normalną, szanowaną rodziną. Zszargano nam opinię. Jak można było tak nam zepsuć życie?

Dopiero po interwencji policji rodzinie została założona niebieska karta. Ruszyła proceduralna machina. Sprawą z urzędu zajął się sąd rodzinny. 29 października ubr. zdecydował on, że Klaudia ma być w domu dziecka. Niestety, ani interweniujący policjanci, ani Powiatowy Ośrodek Pomocy Rodzinie nie poinformował państwa Kozaków, że mają tylko 24 godziny na ewentualną interwencję w sprawie powrotu dziecka do domu. Dziewczyna trafiła do jednego z ośrodków prowadzonych przez siostry zakonne. – Nikt nas nie pouczył o naszych prawach, nie powiedział, że mamy tylko 24 godziny na odzyskanie Klaudii. Zresztą policja przyznała, że popełniła błąd. Otrzymaliśmy pismo od Komendanta Powiatowego Policji. Przeprosił nas, napisał, że nie chce, aby podobna sytuacja miała jeszcze miejsce, aby inni, tak cierpieli, jak my – mówią zgodnie Dorota i Jacek Kozakowie. – Mam do niego duży szacunek, tylko on, a więc policja przyznali się do błędu – podkreśla pani Dorota.

– Ci Państwo napisali skargę, my ją wyjaśniliśmy – mówi podinspektor Zbigniew Domalik, Komendant Powiatowy Policji w Nowym Targu. Dodaje, że policjanci rzeczywiście, nie pouczyli matki dziewczyny o terminach, choć mieli to obowiązek zrobić niezależnie, od pracownika socjalnego, z którym byli na interwencji. To dlatego pojęto wobec nich kroki dyscyplinujące i zostali pouczeni. Komendant wyjaśnia też, że postępowanie nie zostało wszczęte, bo w toku czynności sprawdzających nie potwierdziły się zarzuty wobec ojczyma.

Teraz państwo Kozakowie o powrót córki zgodnie z procedurą muszą się jednak starać w sądzie rodzinnym:
– Mamy adwokata, zgodził się nam pomóc bez pieniędzy. Powiedział, że chce nam pomóc, że nie zawsze ważne są pieniądze.
Klaudia nadal przebywa w ośrodku u zakonnic. Bywa w domu. Była na Boże Narodzenie, na ferie zimowe i na Wielkanoc. Ma też teraz przepustki na weekendy. Jest po badaniu psychologicznym w rodzinnym ośrodku diagnostyczno–konsultacyjnym w Zakopanem gdzie przeszła badania psychologiczne. Ojczym został oczyszczony z zarzutów. Córka przyznała się, że była to forma zemsty na nim za dyscyplinę. Chciała usunąć go z domu. Myślała, że zostanie sama ze mną. Teraz mówi, że to jej największa życiowa porażka… Mówi, że czuje się też oszukana przez szkolnego pedagoga, który jej powiedział, że pójdzie z domu na weekend i odpocznie sobie od dziadków i rodziców. Teraz z tego weekendu zrobiło się prawie pół roku – mówi pani Dorota.

To nie koniec sprawy. Pani Kozak napisała skargę na działania dyrektora Zespołu Szkół Podstawowej i Gimnazjum w Szaflarach do wójta. Twierdzi, że skarga nie została przyjęta. Potem trafiła do nowotarskiej Delegatury Kuratorium Oświaty, lecz Delegatura uznała, że nie dotyczy ona spraw oświatowych.

– Dopiero pomógł nam poseł Edward Siarka. Napisał interpelację poselską do kuratorium do Krakowa. To skierowało sprawę do wójta, a wójt do Rady – podkreślają państwo Kozakowie.

– Artykuł 12 ustawy ustawy „o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie” stanowi, że do osób, które w związku z wykonywaniem swoich obowiązków służbowych powzięły podejrzenie, iż doszło do użycia przemocy w rodzinie, należy niezwłoczne zawiadomienie policji lub prokuratora – przypomina na wstępie dyrektor Zespołu Szkół w Szaflarach, Jarosław Szlęk, potwierdzając, że zawiadomienia i wystąpienia do wszystkich organów i instytucji sygnował osobiście, gdyż pedagog szkolny nie ma w tym względzie samodzielności.

A co stało się dla szkoły bezpośrednią przyczyną zawiadomienia policji?
– Doszło do tego na podstawie sygnałów od koleżanek tej uczennicy, że SMS-ami anonsuje ona próby samobójcze; że dzieje się z nią coś niedobrego – mówi dyrektor. – Na ciele miała ślady nacięć. Nie były one świeże, ani wyraźne, natomiast siniaki – również na twarzy – były świeże. Tylko że nikt nie zrobił obdukcji. I to właśnie miała zbadać policja lub prokuratura. Nikt – szkoła również – nie może prowadzić badań, do których nie jest powołany.

Ponieważ matka miała pretensje o niepodjęcie kontaktu z rodziną przez pedagoga, który rozmawiał z córką, dyrektor wyjaśnia:

– Jeśli zauważamy, że dziecko jest apatyczne, zaniedbane – mamy obowiązek kontaktować się z rodziną, bo zachodzi podejrzenie, że jest ona niezaradna czy niewydolna. Ale jeśli zachodzi podejrzenie stosowania przemocy, musimy kontaktować się z policją lub prokuratorem. Ustawa wyraźnie oddziela te przypadki.

Nie zaprzecza przy tym dyrektor, że matka dziewczynki była w regularnym kontakcie ze szkołą – i takie zaświadczenie na jej prośbę wystawił – ale kontakt ten dotyczył wyników w nauce.

Czy w takim razie zawiadomienie policji nie nastąpiło zbyt pochopnie?

– Wykonaliśmy dwa telefony do osób pracujących w instytucjach sądowych i wskazania były jednoznaczne: „nawet nie próbujcie bawić się w to sami, musicie zgłosić” – wyjaśnia dyrektor Szlęk. – Zresztą mogła pomylić się szkoła, mógł się pomylić Ośrodek Pomocy Społecznej, nawet policja. Ale gdy sprawę przejął Sąd Rodzinny, pojawił się w tym domu zawodowy kurator, który przeprowadził wywiad środowiskowy z rodzicami, z dziadkami i sporządził dokument, na podstawie którego Sąd wydał postanowienie. Sprawca przemocy przyznał się do niej i jest to odnotowane. Dziewczynka została zabrana do rodzinnego domu dziecka, a Sąd dopiero po tygodniu – czyli wcale nie pochopnie – wydał postanowienie. Fakt, że ludzie teraz widzą ostrzej nieprawidłowości i że jest większe wyczulenie na pewne sprawy. Po otrzymaniu skargi, wójt zwrócił się do mnie o przedstawienie wyjaśnień na piśmie, co też uczyniłem, a on uznał je za satysfakcjonujące. Po prostu uznaliśmy w szkole, że istnieje poważne zagrożenie bezpieczeństwa ucznia, definiując to jako przemoc. Pierwszy raz po ośmiu latach od wejścia w życie ustawy musiałem z niej skorzystać, więc nie jest to chyba nadużywanie. Wiadomo, że w razie nieszczęścia konsekwencje ponoszą ci, którzy mogli coś zrobić, a nie zrobili; że na początku stawia się pytanie, czemu nie reagowali.

„Przewrażliwieniu” szkoły trudno się dziwić w kontekście dobrze pamiętanego przez miejscową społeczność faktu samobójstwa dwóch nastolatek w Borze, w maju 2008 r.

– Sprawa jest po postanowieniach sądowych – zaznacza wójt gminy Szaflary, Stanisław Ślimak. – A przekazaną nam przez Kuratorium skargą matki na dyrektora szkoły zajmujemy się zgodnie z obowiązującym prawem. Jeśli bowiem skarga dotyczy wójta lub którejś z agend mu podległych – czyli na przykład szkoły – może ją rozpatrywać wyłącznie Rada Gminy. U nas dochodzi ta niezręczność, że przewodniczący Rady jest jednocześnie ojcem dyrektora szkoły. Ale są dwie zastępczynie, w tym przypadku więc, po wyłączeniu się przewodniczącego, sesję poprowadzi któraś z nich. Na pewno będzie na to posiedzenie zaproszona matka dziewczynki. Wójtowi nawet prawo zabrania „kamienować” dyrektora i, moim zdaniem, nie zachodzą żadne ku temu przesłanki. Chwała Opatrzności, że wytworzyła nadwrażliwość w szkole. Jeśli dziecko coś awizuje, to powinna się zapalać czerwona lampka i lepiej przedobrzyć niż uznać, że nic się nie dzieje.

Przedwczoraj sprawą skargi zajmowała się ośmioosobowa komisja rewizyjna Rady Gminy. Siedmiu jej członków uznało, że nie widzi ze strony dyrektora żadnych działań sprzecznych z prawem, a jeden wstrzymał się od głosu. Na najbliższej sesji wszyscy radni zdecydują, co począć z pismem matki.

– Czekamy na sesję. Będziemy chcieli, aby sesji nie prowadził przewodniczący Rady Gminy, bo to ojciec dyrektora szkoły. Już teraz słyszymy, że radni chcą się zajmować nie tylko skargą. Pytają, czy Klaudia sama chciała wyjść z domu z policjantami, czy chce wrócić. Sugerują, że może lepiej, jakbyśmy się rozwiedli – mówią państwo Kozakowie.

Państwo Kozakowie nie ukrywają, że gdy tylko skończą się ich kłopoty, wniosą z powództwa cywilnego sprawę do sądu.

– Będziemy chcieli, aby ktoś zadośćuczynił nasze straty moralne. Ja o mało co życia nie straciłam. Jestem na lekach, mam zaniki pamięci na tle nerwowym. To był cios w samo moje serce – podejrzenie, że my maltretujemy w domu dzieci! My jesteśmy normalną rodziną. Jesteśmy nauczeni wszystko inwestować w dom i w dzieci. Teraz sugerują, byśmy się rozwiedli…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *