XXXII Dni Trzeźwości. – Dla każdego jest nadzieja

dnitrzez15NOWY TARG. Od czwartku do niedzieli trwały XXXII Dni Trzeźwości na Podhalu. Zawsze wtedy do Nowego Targu zjeżdżają ludzie, którzy chcą się uwolnią z pęt nałogu, szukają siły, by trwać w trzeźwości lub walczą o kogoś bliskiego. Abstynenckie grupy przybywają tu z całej Polski, ale też z Niżnej na Słowacji.

Tego roku do organizatorów trzeźwościowego zlotu: Duszpasterstwa Trzeźwości przy Parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Nowym Targu, Burmistrza Nowego Targu, Nowotarskiego Klubu Abstynentów „Rodzina” – dołączył i Wójt Gminy Nowy Targ. Stąd obecność i aktywność w tym dziele Elżbiety Skałuby – pani pełnomocnik wójta. Miasto reprezentował natomiast – już po raz osiemnasty, a więc fetowany przez uczestników jako „pełnoletni” – Marcin Jagła, wiceprzewodniczący Miejskiej Komisji Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Kapelanem i opiekunem abstynentów od lat jest ks. kanonik Leszek Koniorczyk. To jemu podczas niedzielnego podsumowania uczestnicy dziękowali słowami własnego wiersza:

– „Dobrzy ludzie są jak światełko wędrujące po świecie”. Ksiądz jest dla nas takim właśnie światełkiem, z którego każdy bierze ile chce i kiedy chce.

Nauki głoszone podczas Mszy św. i spotkań, przez duchowego opiekuna XXXII Dni, sercanina i misjonarza krajowego, o. Dariusza Mroczki, adresowane były przede wszystkim do młodzieży przed bierzmowaniem, jej rodziców, nauczycieli i wychowawców. Temu misjonarskiemu słowu dodawało jednak siły żywe, osobiste świadectwo ludzi, którzy dzięki stanięciu w prawdzie, wyznaniu win, boskiej i ludzkiej pomocy – podźwignęli się z trudno wyobrażalnego dna, odzyskali godność, bliskich, przyjaciół, pracę, szansę, dom. „Piciorysy” cudem uratowanych z nałogu, rozpaczy, beznadziei bardziej przemawiają do serca, wyobraźni i sumienia niż jakiekolwiek moralizatorstwo. Potrafią być wstrząsającą przestrogą. Ci ludzie odwdzięczają się za pomoc swoją szczerością, pokorą, wyznaniem upadku i pokazaniem drogi wyjścia. Ich entuzjazm i radość potrafią być zaraźliwe. Chcą, żeby ich było słychać; żeby usłyszeli tkwiący jeszcze w pętach.

Swoje świadectwa głoszą podczas sobotniej Mszy św., wieczorem, w kościele wypełnionym młodzieżą. Głoszą chętnie i bez wstydu, bo wiedzą, że takim wyznaniem służą innym – może pomagają, może chronią, może uczą na swoich błędach. Po każdym takim wyznaniu zawsze zapada wymowna cisza, potem rozlegają się głośne brawa. Tego roku wystąpili ze świadectwami: Tadeusz wdzięczny za cudowną odmianę życia; Marek – jak sam siebie nazywa – „radosny alkoholik”; Agnieszka, której w „kasacyjnym” piciu nie pomogły „Esperale” i terapie, dopiero – modlitwa ojca i padnięcie na kolana przed krzyżem na warszawskiej Pradze, gdy kolejny raz wyszła nocą na miasto po alkohol. Wobec przejmującej prawdy tych świadectw słuchająca młodzież poważnieje i milknie.

Wcześniej bowiem dzisiejsi abstynenci musieli zgiąć kolana, wyswobodzić się z matni kłamstw, wódczanej ułudy, uznać swoją bezsiłę. Teraz wiedzą, że to warunki nawrócenia i ocalenia. Ale nie gwarancja, że znów nie pokona ich zło w butelce. Są świadomi, ilu ich kompanów od kieliszka nie zdążyło uchwycić się nadziei, wsiąść do tej ratunkowej szalupy; ilu przegrało te walkę, ilu już nie żyje. Do wytrwania w trzeźwości potrzebują siły i wspólnoty.

Po to każdej jesieni przyjeżdżają do Nowego Targu. Niektórzy pierwszy raz, inni – dwudziesty któryś. Nie wszyscy nowotarżanie wiedzą, że aż tylu ich przybywa tutaj jak do źródła mocy. Po Mszy ze świadectwami zawsze tworzą łańcuch, śpiewają przy dźwięku gitar, pląsają, klaskają, nie chcą się rozstać.

– Jak walczyć z „lewem ryczącym, który krąży”? Pozostawać poza areną – areną okazji do zapicia, areną złych towarzystw – przypominał Marcin Jagła zanim uczestnicy Dni zaczęli dziękować za gościnę, wręczać pamiątki i prezenty, a potem ostatni raz siedli przy długim stole w Domu Katechetycznym, żeby posilić się przed drogą powrotną: flaczkami albo bigosem, przygotowanymi w wielkich baniakach przez gospodarzy. W przeddzień wyjazdu, po wieczornej Mszy, mieli spotkanie integracyjne – jak zwykle w gościnnej „piątce”.

– Podziwiam was za to, że tu jesteście, że trwacie, że chcecie – mówiła do nich przedstawicielka gminy. – Fajnie jest widzieć ludzi, którzy trwają i walczą.

Na korytarzu natomiast nierzadko dało się słyszeć: – A w ogóle to chce ci się wracać do domu?..

Wielu miejscowych nawet sobie nie wyobraża, co tak naprawdę dzieje się przez te jesienne dni przy parafii Najświętszego Serca, jak ogromna i ważna odbywa się tu praca nad otrzeźwieniem, sumieniem, ludzką wolą; jaka gorąca modlitwa wspomaga te wysiłki, ile dobra się rozsiewa. Niemal każdy, wyjeżdżając stąd – nieważne, czy ma za sobą kilkanaście lat abstynencji, czy dwa miesiące – to już prawie misjonarz…

Jeżeli po owocach trzeba poznawać, to są one coraz bardziej widoczne. Stałym punktem Dni jest składanie przyrzeczeń abstynenckich – przez ludzi z przyjezdnych grup i przez miejscową młodzież. Z roku na rok uczestników podhalańskich Dni Trzeźwości jest coraz więcej. Tym razem, autokarami z różnych stron Polski, przyjechało już ok. 400 osób. Wielu – z żonami, mężami, dziećmi. Jak zwykle – mocna grupa warszawska, ludzie z okolic Radzymina, z Konstancina-Jeziornej, ze Słupna, spod Krakowa, z Przegini, ze Słowacji, z wielu jeszcze miejsc. Będą wracać. Bo chcą. Bo się uchwycili nadziei i poczuli siłę we wspólnocie.

XXXII Dni Trzeźwości na Podhalu

Fot. Anna Szopińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *