NOWY TARG. Przewodniczący Rady Miasta dostawał 1.643 zł miesięcznie, a od 1 lipca będzie dostawał 1.987. Wiceprzewodniczący dostawali 1.113, będą dostawać 1.510 zł. Wynagrodzenie przewodniczących komisji z 742 zł wzrośnie do 1.272, a wiceprzewodniczących komisji – z 662 do 1.192. „Szeregowy radny”, który otrzymywał 609 zł miesięcznie, wkrótce dostanie 1.139 zł. Powoduje to uchwała podjęta przed końcem poniedziałkowej sesji, głosami 8 radnych, przy 6 „przeciw” i 4 wstrzymujących się.
Takie jest wyliczenie kwotowe dokonane dzisiaj i autoryzowane przez przewodniczącego Rady, Pawła Liszkę, a bankowcy liczyć umieją. Nie on jednak był autorem projektu, który spowodował podwyżkę diet.
Głosami 14 radnych został w trakcie sesji wprowadzony pod obrady projekt podpisany przez grupę radnych w osobach wiceprzewodniczących Lesława Mikołajskiego i Andrzeja Swałtka oraz Jana Łapsę, Witolda Zapiórkowskiego i Józefa Trzcińskiego. W sesyjnych materiałach tego projektu nie było, jako, że stanowił „wrzutkę”. Sam sposób wprowadzenia wzbudził podejrzliwość – nie tyle co do treści, ile co do formy, choć treść – jak się potem okazało – też była do weryfikacji.
– Nie wszyscy radni mieli możliwość wglądu do projektu uchwały – zwracał uwagę Michał Glonek. – Skąd ten dziwny pośpiech? Poza tym uchwała została wprowadzona niezgodnie ze Statutem.
– Uchwała została wprowadzona zgodnie ze Statutem – skarcił go jednak przewodniczący Paweł Liszka, przypominając, że od ośmiu lat diety radnych nie były podnoszone.
Wiceprzewodniczący Lesław Mikołajski dodał, że zakopiańscy radni w tym czasie podnosili sobie diety trzykrotnie, a ideą projektu jest, by „szeregowy radny”, który uczestniczyć musi w sesjach, posiedzeniach komisji i przychodzi na dyżury – dostał nieco więcej. Wychodziło, że teraz otrzymuje 10-15 zł za godzinę i „nie są to kwoty oszałamiające”.
Jeżeli projekt został wprowadzony „cichcem”, a część radnych – mimo zapewnień swojego kolegi Witolda Zapiórkowskiego, że wszyscy zostali powiadomieni telefonicznie przez biuro Rady – twierdziła, że go nie wcześniej nie widziała, to znaczy, iż nie były także przewidywane skutki finansowe takiej uchwały ani nikt nie pokusił się o prognozę, z czego trzeba będzie zrezygnować na poczet większych diet. Podnosił to Michał Glonek, oświadczając:
– Bez tych odpowiedzi podejmowanie takiej uchwały jest kpiną.
Domagał się on też podania konkretnych kwot – przed podwyżką i po podwyżce. Nie, żeby ich nie znał – po prostu chciał, żeby usłyszeli je dziennikarze i ta część publiczności, która dzielnie przetrwała kilkugodzinne obrady.
Zamiast odpowiedzi słyszał wciąż, że chodzi o „1,5-krotność kwoty bazowej dla osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe określone w ustawie budżetowej na rok 2013” i podwyżkę w wysokości 43 do 82 procent tej sumy, a potem co roku – o waloryzację według wskaźnika inflacji. Co więcej – według pierwotnej wersji projektu uchwała miała działać od 1 stycznia 2013 r., czyli że radni dostaliby podwyżki wstecz.
Po uwadze radnego Janusza Tarnowskiego, że w uchwale nie można się posługiwać „wskaźnikiem inflacji”, gdyż nie jest on publikowany w żadnych oficjalnych źródłach – projekt dotyczący wysokości diet przeżył jedną autopoprawkę. A potem kolejne.
W sytuacji, gdy nikt z autorów nie kwapił się, by podać interesujące ogół mieszkańców kwoty, lekko zirytowany przewodniczący zarządził 15-minutową przerwę, by koledzy radni mogli dokonać stosownych wyliczeń.
Sam natomiast wcześniej oświadczył:
– Dla mnie ta uchwała może być zdjęta z porządku obrad. Uważam, że powinien to być projekt obu stron (mając na myśli „koalicję” i „opozycję” – przyp. red.) i że należałoby dobrze ją przygotować.
Przysłuchujący się obradom nie uzyskali jasności w kwestii, czy projekt rzeczywiście był wprowadzony pospiesznie, czy też leżał w biurze Rady od dłuższego czasu, a przewodniczący bezskutecznie zachęcał kolegów do poznania go.
Ponieważ prognozy skutków finansowych nie było, o wyrażenie opinii został poproszony skarbnik miasta, Łukasz Dłubacz. No więc – również naprędce – wyraził taką, jaką mógł: że podwyższone diety będą dla budżetu miasta wydatkiem w wysokości od 100 do 200 tysięcy rocznie, a tylu pieniędzy w samorządowej kasie nie zarezerwowano. Ubiegłoroczne „oszczędności na dietach” (z powodu nieobecności radnych) to natomiast kwota ok. 40 tys. zł.
Proponował zatem, by – jeśli podwyżka ma zostać uchwalona – nadać jej moc od 1 lipca. W efekcie tak się stało.
Uchwałę pełną autopoprawek przyjęto po długiej i dość żenującej dyskusji, stosunkiem głosów 8 „za”, 6 „przeciw” i 4 wstrzymujących się.
Gdyby ktoś w tym momencie przytomnie zauważył, że skład Rady jakby się zmniejszył, choć jeszcze nie kanikuła – to odpowiedź jest prosta: wzorem niektórych parlamentarzystów część radnych zaczęła praktykować niebranie udziału w głosowaniu. Nie są ani „za”, ani „przeciw”, nie podnoszą też ręki, gdy padnie pytanie: „kto się wstrzymał?”. Ewentualnie na tę chwilę wychodzą.
Z jakichś względów taka praktyka może im pasować. Wyborcom pewnie mniej, bo z reguły chcą wiedzieć, jak ich reprezentanci się zachowują i potem ich z tego rozliczać. No i oni w efekcie ocenią, czy „miastowi” samorządowcy zasłużyli sobie na podwyżki, czy też nie. A kwestia jest drażliwa, zwłaszcza w realiach kryzysu, kiedy koszty bytowe rosną, a przychody maleją. Stąd być może zażenowanie radnych i ów „dziwny” sposób wprowadzenia projektu pod obrady.