Wszyscy na tym przegraliśmy

PIŁKA NOŻNA. Rozmowa z Dawidem Bartosem, byłym już kapitanem trzecioligowego Porońca Poronin, na temat powodów decyzji o rezygnacji z gry w zespole i jej konsekwencjach.

Co tak naprawdę wydarzyło się w tych ostatnich dniach, że doszło do tak dramatycznej i zarazem zaskakującej sytuacji?

– Wpływ na to miała głównie decyzja o zwolnieniu z klubu trenera Szymona Burligi. Część zawodników, w tym ja, po prostu nie zaakceptowaliśmy tej decyzji, bo w naszym przekonaniu była ona całkowicie niesłuszna i bezpodstawna. To co od stycznia budowaliśmy wspólnie z trenerem i co zaczynało iść w dobrym kierunku i przynosić efekty, nagle zostało przerwane.

Nie było możliwości innego załagodzenia powstałego konfliktu?

– Były takie próby, ale w pewnym momencie poszło to już tak daleko, że odkręcić się już tego nie dało. Były rozmowy, ale obie strony upierały się przy swoim. Nasze stanowiska mocno się od siebie różniły. Szans na kompromis więc nie było żadnych. Niestety w tej sytuacji wszyscy przegraliśmy, począwszy od nas zawodników, a na prezesie skończywszy. Tutaj nie ma wygranych. Ubolewam, że tak się stało

Łatwo w tym momencie jest wam zarzucić w jakimś stopniu arogancję, bo wiadomo, że rolą zawodnika, jest przede wszystkim wywiązywanie się ze swoich zadań na boisku, za które bierze pieniądze…

– Tak, ale z drugiej strony nikt tutaj nie jest niczyim niewolnikiem. Pieniądze są ważne, ale w pewnych momentach życia, schodzą na dalszy plan. Też jesteśmy ludźmi, też mamy prawo do swojego zdania, wyrażania opinii i niezadowolenia. Oczywiście prezes ma swoje przywileje, ale są też pewne granice, których przekraczać się nie powinno. Mieliśmy jasno określone zasady, które ktoś w pewnym momencie nagiął.

To co się wydarzyło tylko utwierdza w przekonaniu, że atmosfera w klubie nie była najlepsza..

– Zawsze powtarzam, że drużyna to grupa dwudziestu dorosłych ludzi o odmiennych charakterach. My nie musimy się kochać, my nie musimy się za bardzo lubić, ale musimy się szanować zarówno na boisku, ale i poza nim. W pewnym momencie jednak to co działo się w szatni, zaczęło wyciekać na zewnątrz. A tak być nie powinno. Przestaliśmy się nawzajem szanować.

Decyzję o odejściu z klubu razem z Tobą podjęło pięciu innych zawodników. A co z tymi, którzy zdecydowali się zostać? Macie do nich pretensje?

– Absolutnie. Każdy podejmował decyzję sam. Nie było żadnego nacisku. Każdy postąpił według wewnętrznego przekonania. Ci co zostali moim zdaniem podjęli pewne ryzyko. Życzę im jednak jak najlepiej. Będę im kibicował i trzymał mocno za nich kciuki. Ja w drużynie w której nawzajem się nie szanujemy, grać już nie chciałem. 

Jako kapitan zespołu mogłeś mieć jednak duży wpływ na tych, którzy zdecydowali się odejść…

– Na pewno jakiś wpływ faktycznie mogłem mieć, bo jednak rola kapitana niesie za sobą pewne konsekwencje. Z czystym sumieniem jednak mogę powiedzieć, że w żaden sposób nie ingerowałem w ich decyzje. A czy oni sugerowali się moją decyzją to już ich należy o to zapytać. Starałem się z roli kapitana wywiązywać jak tylko najlepiej potrafiłem. Ktoś może mi zarzucić, że moje relacje z Kubą Pawlikowskim były bliskie. Nie zaprzeczam. Z Kubą dobrze rozumieliśmy się w wielu sprawach. Uważam go za dobrego człowieka i mam nadzieję, że nasza przyjaźń czy znajomość po tym wszystkim nie ucierpi. Potrafię jednak rozdzielać sprawy prywatne od zawodowych. Jeżeli była konieczność, zawsze stawałem po stronie chłopaków z drużyny.

Ile prawdy jest w tym, że dużą rolę w konflikcie odegrała sytuacja z jednym z bardziej doświadczonych zawodników w drużynie, który nie był akceptowany przez resztę zespołu, ale miał, nazwijmy to, szczególne względy u prezesa?

– Skłamałbym gdybym powiedział, że takie coś nie miało miejsca. Nieprawdą jest jednak to co wiele osób insynuuje, jakoby to między mną, a tym zawodnikiem doszło do konfliktu. Decyzję o tym, ze ten zawodnik nie będzie grał w zespole, podjął tylko i wyłącznie trener, który kierował się względami czysto sportowymi. Jako kapitan poparłem jego opinie, bo uważam, ze trener ma święte prawo do tego typu decyzji. I gdyby to dotyczyło mojej osoby, to po prostu bym to zaakceptował.

Masz już za sobą grę w wielu klubach, na różnym poziomie rozgrywkowym. Czy z podobnego typu sytuacjami wcześniej się spotkałeś?

– Gram w piłkę już ponad 20 lat i faktycznie wiele już widziałem, z wieloma spornymi sytuacjami się zetknąłem. Do „świętoszków” też nie należałem. Zawsze starałem się jednak podchodzić profesjonalnie do swoich obowiązków i przede wszystkim nie kierować się emocjami. Zazwyczaj konflikty z jakimi się zetknąłem były tłumione wewnątrz klubu. Nigdy nie ujrzały światła dziennego. Tutaj tego zabrakło. Zadziałały emocje, nerwy, które spowodowały, że wszystko zabrnęło zdecydowanie za daleko.

Ostatnie wydarzenia wpłynął negatywnie na Twoje zdanie na temat klubu z Poronina, w którym spędziłeś półtora roku?

– W żadnym wypadku. Jestem wdzięczny rodzinie Pawlikowskich, za te półtora roku współpracy, myślę, że korzystniej dla obu stron. Były momenty, że czułem się jakbym był członkiem ich rodziny. Wspólnie przeżyliśmy wiele fajnych, niezapomnianych chwil. Moje relacje zarówno z trenerem Tomkiem Rogalą jak i Szymkiem Burligą były bardzo dobre. To były dwa różne zespoły. Oba miały swój styl. W obu miałem przyjemność grać i myślę, że w obu odgrywałem ważną rolę. Nic jednak w życiu nie trwa wiecznie. Pewien rozdział został zamknięty.

To oznacza, że Dawid Bartos oficjalnie kończy karierę?

– Nie ma co ukrywać, że mój czas jako zawodowego piłkarza powoli dobiega końca. Z drugiej strony dopóki zdrowie pozwoli, dopóki będę czuł się na siłach i miał przekonanie, że mogę jeszcze coś z siebie dać jako piłkarz, dopóty chciałbym jeszcze troszkę pobiegać za tą piłką. A czy będzie mi to jeszcze dane, to czas pokaże.

Czyli czekasz na oferty?

– Jak najbardziej.

Rozmawiał Maciej Zubek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *