Wójt wielu pasji

BUKOWINA TATRZAŃSKA. Kocha góry, narty. MuzJako wójt... Fot. Beata Szkaradzińskayka, taniec to jego pasja. Z drzewa wyczarowuje niezwykłe meble, które rzeźbi w piękne wzory. Prywatnie jest też konferansjerem i …aktorem, jednym z wykonawców słynnej już na świecie „Opery Góralskiej”. Oficjalnie jest wójtem Bukowiny Tatrzańskiej.

Stanisław Łukaszczyk ma tak wiele pasji, że mógłby nimi śmiało obdzielić kilka osób, a równocześnie w żaden sposób nie przeszkadzają mu one w byciu dobrym gospodarzem, tej prężnie rozwijającej się podtatrzańskiej gminy. Jak sam mówi – wójtem się tylko bywa. To dlatego ważne jest – jak podkreśla – by mieć też własny świat, by móc kiedyś do jako aktor... Fot. Beata Szkaradzińskaczegoś wrócić.

Blisko ćwierć wieku temu Stanisław Łukaszczyk, tuż po ukończeniu studiów stał się,...konferansjer... Fot. Beata Szkaradzińska tak nieco z przypadku, jak sam nie ukrywa, szefem zespołu ludowego „Podhalanie” w Ludźmierzu. Jak to było? Zespół miał jechać do Francji na turnee, a nie miał szefa… – Akurat wróciłem z wojska i zwerbowała mnie koleżanka Renata Przybyła, z którą razem na studiach tańczyłem w „Skalnych” – wspomina pan Stanisław. Ta jego przygoda z tym zespołem trwa do dziś. Nadal uczy w nim góralskiego tańca.

Przez pewien czas prowadził on i zespół „Wierchowianie” w Bukowinie Tatrzańskiej, doprowadzając go na sam szczyt. To za jego szefowania w 2000 roku zespół na Międzynarodowym Festiwalu Folkloru ziem Górskich zdobył „Złotą ciupagę” za program „Wesele”, który nie tylko wyreżyserował, ale zadbał o jego scenariusz.

A o mały włos, a pan Stanisław, nie poznałby swego talentu do góralskiego tańca… Jeszcze w szkole podstawowej w Bukowinie Tatrzańskiej zapisał się do zespołu ludowego, by tańczyć. – Byłem na próbach trzy razy. Usłyszałem, że nic ze mnie nie będzie. Ta opinia zraziła mnie na lata. W tańcu miałem potężną przerwę. Dopiero na drugim roku studiów Politechniki zapisałem się do „Skalnych”. Postępy robiłem szybko. Po 1,5 roku zostałem instruktorem. Przez ostatnie dwa lata studiów byłem szefem „Skalnych”. To był początek mojej przygody z tańcem. Ten czas, to była prawdziwa skarbnica wiedzy o folklorze, śpiewie, tańcu. Już po zakończeniu studiów wziąłem udział w 10 miesięcznym kursie. Był świetnie zorganizowany. Wiedzę przekazywali m. in. Aleksandra Bogucka, etnograf i ś.p. prof. Józef Bubak z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tańca uczył Franciszek Nagnat. To on nam pokazał, jak uczyć innych. Nie jak pokazać krok, ale jak zrobić, aby uczniowie go powtórzyli, złapali.

Do tańca przed laty doszła i inna pasja – konferansjerka, także przez zrządzenie losu. Był rok 1992. Stanisław Łukaszczyk był już po studiach, gdy Elżbieta Chodurska namówiła go na konferansjerkę na Międzynarodowym Festiwalu Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem. – Przed pierwszym koncertem miałem wielki stres, potem mnie to wciągnęło na maksa. Od tego czasu byłem konferansjerem na wielu imprezach, m. in. Sabałowych Bajaniach wraz ze Stachem Sularzem, na Festiwalu Karpat ze Staszkiem Jaskółką, z Józkiem Brodą byłem konferansjerem w Kazimierzu nad Wisłą. Lubię to i chętnie do tego wracam.

Jak na górala przystało pan Stanisław jeździ świetnie na nartach. – Kocham narciarstwo. Na nartach jeżdżę od dziecka. Kiedyś chciałem być nawet instruktorem. Tego nie zrealizowałem. Za to mój syn Michał jest instruktorem. Jak sam mi powiedział, że chce nim zostać, stwierdziłem, że zrobię wszystko by mu pomóc. Moje narty stoją w gabinecie na honorowym miejscu. Tak bym nie zapomniał o nich. Zawsze na nich jeździłem, biegałem na Wiktorówki, jednak cztery lata temu miałem wypadek. Narty odstawiłem, jednak znowu je ubiorę…

Mało kto wie, że Stanisław Łukaszczyk, często zamienia garnitur wójtowski, nie tylko na strój góralski, z czego jest może bardziej znany, ale na strój roboczy i staje przy stolarskich maszynach, zamienia się w snycerza. – W domu w pokoju, kuchni mam meble, które sam zrobiłem. Są to meble góralskie. A zaczęło się to już przed laty. Dziadek mojej żony Franciszek Szkokfisz prowadził zakład stolarski, rzeźbił. Dziś prowadzi go już jego syn Antoni. Potrzebowałem wtedy deskę ozdobną do naszego domu. Poszedłem do dziadka. Prosiłem, aby mi ją zrobił. On powiedział: „Jak mas dwie rynce to se zrób som” . Najpierw narysowałem, zaprojektowałem wzór. Dziadek to zaakceptował i powiedział: „Nowoźnisom robote ześ zrobiył” Wziąłem się za wykonanie projektu. Byłem cały mokry z przejęcia. Deskę robiłem, chyba dwie godziny. Dziś bym ją zrobił w 20 minut. Pokazałem ją dziadkowi. Popatrzył i powiedział: „ No wis wystrugałeś od jednego razu, to coś z tobie będzie” i tak to się zaczęło… Zaraz potem zrobiłem sobie meble do kuchni, potem wyrzeźbiłem półki. Teraz może z racji wielu obowiązków, mam mniej czasu, nadal jednak, gdy tylko znajdę chwilę, chodzę do warsztatu. Rzeźbię teraz drzwiczki szafek do kuchni. Chcę zrobić nowe meble do naszego nowego domu, do którego się przenieśliśmy. Takie meble, w które włoży się swoją pracę, inaczej się traktuje niż te kupne, nawet jeśli są drogie. Dba się o nie bardziej. Teraz przez trzy miesiące nie byłem w warsztacie. Mam jednak już narysowane mebelki do jadalni, chce zrobić nowe, kredens, komodę, stół, ławę. Kupiłem już na nie drewno dębowe i świerkowe. Do zakładu pójdę lata moment. Teraz, gdy dni robią się dłuższe.

Przygoda pana Stanisława Łukaszczyka z drewnem, może wówczas jeszcze mniej świadomie, tak naprawdę zaczęła się w dzieciństwie. To przecież nikt inny, jak jego tata był cieślą. – Tak naprawdę z drewna jednak on potrafił zrobić wszystko – mówi pan Stanisław.

Wójt nie ukrywa, że ta jego pasja, to taka odskocznia od pracy urzędnika, a praca z drzewem go uspokaja i wycisza. – Pracy urzędniczej nie można tak zobaczyć, inaczej jest z meblem, rzeźbą. Można swe rękodzieło, postawić przed sobą i popatrzeć. Widzi się od razu efekt. Z drugiej strony jest to praca precyzyjna, jeden zły ruch i można wszystko zniszczyć… To pewno dlatego bawię się tym, już od 25 lat, raz w stopniu mniejszym, raz większym – mówi z uśmiechem, dodając, że jak trzeba umie sobie sam zarobić też drzwi i okna… – Generalnie w chałupie wszystko co z drzewna sam sobie robię…

Niestety rękodzieł wójta nie można kupić. Robi je dla przyjemności i dla swych najbliższych. Umie on też zrobić coś z metalu, bo takie też ma wykształcenie, bawi się i elektryka. Gdy miał czas i odpowiednie maszyny bez problemu naprawiał i …auto. Nieobca jest mu i elektryka. Przepracował w końcu 16 lat w zakładzie energetycznym. To dlatego, jak trzeba coś naprawić w domu, bierze narzędzia do ręki i wykonuje pracę elektryka.

Także 22-letni syn Michał oddziedziczył po swym tacie smykałkę do tworzenia. Mocno zaangażował się w budowę pojazdu bagi. Jest to pojazd terenowy z konstrukcją z kątowników. Jego auto to istna torpeda. Waży zaledwie 300 kg, a w środku na zamontowany silnik aż 100 koni! – Michał talenty konstruktorskie zdradzał już jako małe dziecko. Zawsze byłem pod wrażeniem, jakie cuda wyczarowywał z klocków lego. Konstrukcje zawierały silniki, można było zobaczyć, jak pracują. Swój pierwszy pojazd zaczął budować cztery lata temu, gdy był jeszcze w technikum informatycznym. Miał to być gocard. 1,5 roku temu zaczął budować bagi. Nie do końca wierzyłem, że to skończy. Teraz jestem niego bardzo dumny.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *