UNIHOKEJ. Rozmowa z Łukaszem Chlebdą, jednym z ośmiu nowotarżan, którzy w miniony weekend uczestniczyli w turnieju eliminacyjnym do Mistrzostw Świata. Polacy zajęli w grupie ostatecznie miejsce trzecie i nie uzyskali awansu.
Gorycz porażki, za którą bezwzględnie należy uznać to trzecie miejsce, w pana przypadku osładza po części wyróżnienie jakie pana spotkało. Trafił pan bowiem do najlepszej zdaniem organizatorów, „szóstki” turnieju. Wybrano pana najlepszym prawoskrzydłowym…
– Cieszę się, bo to duże wyróżnienie, ale w żaden sposób nie zmniejsza ono zawodu spowodowanego brakiem awansu. Sam z siebie jestem umiarkowanie zadowolony. Wywalczyłem pewne miejsce w składzie, byłem w miarę skuteczny, ale niestety nie specjalnie pomogłem w zrealizowaniu celu. Turniej kosztował mnie bardzo dużo sił. Pięć spotkań w tak krótkim odstępie czasu to spora dawka. Na koniec przytrafiła się kontuzja i teraz czeka mnie trochę przerwy od unihokeja.
Spadła na was spora fala krytyki. Wielu sądzi, że brak awansu do Mistrzostw Świata to początek ciężkich czasów dla polskiego unihokeja.
– Nie wiem, nie chcę tego szerzej komentować. Nie mam pojęcia jak maluje się przyszłość tej dyscypliny w naszym kraju. Mam nadzieję, że nie będzie zastoju w jej rozwoju, choć z drugiej strony jest to wielce prawdopodobne.
Gdzie szukać przyczyn niepowodzenia?
– Powodów było wiele i tych mniejszych, i tych większych. Można zrzucać winę na brak szczęścia, niekorzystny układ spotkań czy trudną grupę i tym podobne. Trzeba jednak uderzyć się w pierś i przyznać, że przede wszystkim zabrakło nam odpowiednich umiejętności. Poziom unihokeja na całym świecie systematycznie rośnie. My jesteśmy w trakcie przebudowy reprezentacji. Pojawiła się spora grupa młodych, utalentowanych graczy, którzy jednak przede wszystkim potrzebują czasu na to aby nabyć odpowiedniego doświadczenia i ogrania. Tego przez grę jedynie w słabej, polskiej lidze nie są w stanie osiągnąć.
Kluczowe dla losów eliminacji okazało się pierwsze spotkanie z Rosją przegrane 4:8…
– Źle weszliśmy w ten mecz. Szybko straciliśmy bramki i musieliśmy gonić wynik. Próbowaliśmy, ale raz, że byliśmy nieskuteczni, a dwa, że Rosjanie wypunktowali nas kontratakami.
Nie uważa Pan, że selekcjoner Patric Johansson aż nadto zaryzykował, tak mocno odmładzając kadrę tuż przed samym turniejem eliminacyjnym?
– Ufam trenerowi Johanssonowi całkowicie. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego wiedzy i „warsztatu” jakim dysponuje. To wysokiej klasy fachowiec i doskonale wie co robi. Zmiany były nieuniknione. Średnia wieku w reprezentacji na tych eliminacjach wynosiła niespełna 24 lata. To dobrze rokuje na przyszłość. Inna sprawa, że unihokej w Polsce to cały czas sport wyłącznie amatorski. Nie można mu się poświęcić w stu procentach. Każdy dzieli go z pracą, szkołą. Nie każdy ma czas na to aby uczestniczyć w zgrupowaniach, meczach sparingowych. To też w dużym stopniu ograniczało pole manewru selekcjonerowi.
Teraz zapewne rozpocznie się dyskusja na temat ewentualnej zmiany na stanowisku selekcjonera. Trener Johansson rozmawiał z wami na temat swojej przyszłości?
– Nie, nie poruszał z nami tej sprawy. Szczerze wątpię w sens zmiany na stanowisku selekcjonera. Przy tak skromnym budżecie, trudno sobie wyobrazić, aby związek znalazł odpowiedniego następcę, który przynajmniej będzie dorównywał trenerowi Johanssonowi. Tak jak mówiłem teraz potrzeba czasu i spokoju, aby ta przebudowa reprezentacji poszła w odpowiednim kierunku. Wydaje mi się, że trener ma już trzon, na którym chce się opierać.
Rozmawiał Maciej Zubek