LUDŹMIERZ. Zawsze koło Świętego Wojciecha ludźmierskie Sanktuarium zaprasza na Święto Bacowskie. Tradycyjna uroczystość, gromadząca reprezentantów owczarskiej branży – baców, juhasów i ich rodziny; hodowców, przetwórców i lokalne władze – jest elementem pasterskiej tradycji. Tego roku jednak aura nie wróży, by owcze stada ruszyły na hale zaraz po Święcie Bacowskim.
Z rozpoczęciem wiosennych redyków bacowie będą musieli zaczekać na lepsza pogodę, bo zgromadzonym na niedzielnej Mszy św. w uroczystej, góralskiej oprawie dokuczał ziąb i deszcz. Choć mokły cuchy i „bukowe portki”; choć trzeba było użyć biało-niebieskich sanktuaryjnych parasoli – wszystko odbyło się według uświęconego zwyczajem porządku: ceber z wodą poświęconą przy studzience został w procesji przeniesiony do bazyliki. Mszy św. z błogosławieństwem owiec i pasterzy; z modlitwą o szczęśliwy wypas, żyzne łąki, pogodę tego lata, obfitość owczych produktów i boską opiekę z dala od domu – przewodniczył tego roku ks. Bogusław Filipiak – kustosz Sanktuarium Świętej Rodziny w Zakopanem. Razem z nim Eucharystię koncelebrowali ks. Franciszek Juchas – brat śp. ks. Tadeusza i ks. Mirosław – opiekun bezdomnych na Śląsku.
Na bacowską Mszę przybyli m.in. marszałek województwa Jacek Krupa, przedstawiciele Spółdzielni GAZDOWIE – na czele z prezesem Kazimierzem Furczoniem i reprezentacja Towarzystwa Produktu Górskiego z prezesem Andrzejem Gąsienicą-Makowskim. Wśród zgromadzonych w Ludźmierzu reprezentantów szerokiego Podhala nie brakło nawet gości Gruszowa, Włoszczowej, Jaworzna.
Choć zimowa aura postanowiła wrócić w ostatniej dekadzie kwietnia – czas wypasów zbliża się nieuchronnie. Z ludźmierskiej bazyliki bacowie zabrali święconą wodę, którą pokropią stada ruszające wiosennym redykiem na hale. Szczapy z ogniska palonego w Wielką Sobotę posłużą im do rozpalenia zawaternika w szałasie. Sanktuaryjne kalendarze z wierszem-modlitwą Andrzeja Skupnia-Florka będą przypominać o świątecznych dniach. A błogosławieństwo wypowiedziane przy święceniu stadka na dziedzińcu bazyliki spłynie na wszystkie owce – tak ważne dla górskiej ziemi, ludzkiego pożytku i kulturowego pejzażu.
Pogoda zmusiła, by degustację serów, oscypków i korbocy przenieść do sanktuaryjnej jadłodajni, ale świeże produkty smakowały nie gorzej niż pod słonecznym niebem.
Z wyruszeniem na pastwiska w Jaworkach, w Tatrach, w Bieszczadach, w rejonie Gorlic czy na łąkach w pobliżu domostw – ok. 50 tysięcy podhalańskich owiec musi poczekać do cieplejszych dni.
Święty Wojciech ciepła jeszcze nie przyniósł…
Fot. Anna Szopińska