ŚLĄSK – NOWY TARG. Coś takiego wydarza się raz na parę lat, ale zapada w pamięć. Bo ma swoje uzasadnienia i charakter. Jest dowodem na to, że odmienność gwary nie przeszkadza porozumieniu ani serdecznym więziom. Miejska Biblioteka Publiczna w Nowym Targu była organizatorem i gospodarzem III Śląsko-Podhalańskiego Spotkania Poetyckiego.
Pierwsze
takie
spotkanie
miało miejsce
na Śląsku,
w Rybniku.
Następnym
razem
Ślązacy
przyjechali
do Nowego
Targu.
Barwne
posiady
odbyły się
w Izbie
Regionalnej
im. ks. prof. Józefa Tischnera. Za trzecim razem miejsce było to samo, skład osobowy – nieco inny.
Zlot w Tischnerowskiej Izbie można nazwać spotkaniem trzeciego stopnia nie tylko ze względu na liczbę porządkową. Także dlatego, że odbywa się na wyżynach poezji. Język oczywiście różni uczestników tych spotkań, ale i tak mają bardzo wiele wspólnego: zakorzenienie w regionie, podejście do gwary, do rodziny, do tradycji, poczucie humoru i ukochanie swojej ziemi – bez względu na to, czy ma „luft zatruty”, czy na niej zawsze pod górę i „halny” daje się we znaki.
Główny sprawca tego poetyckiego zamieszania jest ustalony i do „winy” się przyznaje – to nowotarski farmaceuta i poeta – Krzysztof Kokot, rodem z przedmieścia Katowic. Problem z tożsamością pana Krzysztofa jest taki, że teraz nie do końca może być pewien, czy jeszcze jest Ślonzokiem, czy już Podhalaninem, czy może Samurajem (przez swoje mistrzostwo i światowej miary sukcesy w uprawianiu haiku).
Podhale wszakże reprezentowały na tym poetyckim szczycie osobowości, których przedstawiać nie trzeba: Wanda Szado-Kudasikowa, Roman Dzioboń, Stanisław Apostoł i jedna debiutująca poetka, więc przedstawić ją należy: Renata Lipkowska – nauczycielka Szkoły Podstaowej w Krauszowie.
Ze Śląska przyjechały trzy energiczne i kreatywne panie: Regina Sobik, Brygida Simka, Urszula Oślislok.
Zwornikiem był oczywiście Krzysztof Kokot.
Wiersze czytali poeci „rundami” – przeważnie jeden autor po dwa utwory. „Nasi” byli nastrojeni jesiennie, melancholijnie, czarowali obrazowaniem i melodią wierszy.
A poetki ze Śląska – opowiadały w swoich wierszach o „życiu miedzy hałdami”, o ziemi, ludziach i robocie, o swoich świętych i tym, co serce cieszy.
Regina Sobik szefuje gazecie internetowej „Ślonsko Ziemia”, razem z 23 autorami współtworzy czasem aż przeciążoną od ilości czytających stronę „Ślonkso Godka”; pisze wiersze, opowiadania i utwory dla najbardziej wymagających czytelników – bajki.
– Jak pochodza ze Ślonska, to gańba byłoby nie śkryblać – mówi.
„Naszych” mogły zadziwić ilość gwarowych konkursów poetyckich na Śląsku, ilość stron internetowych, które propagują gwarę i na których spotykają się w swoim języku Ślązacy z całego świata; popularność piosenek, które wychodzą spod pióra poetek. Dla tych ludzi bowiem śląska mowa to coś znacznie więcej niż dialekt – to ostoja śląskości-polskości, tożsamość i chluba.
Urszula Oślislok zaczęła od rymowanek, teraz tworzy piosenki, które robią furorę wśród Ślązaków, pisze krótsze i dłuższe „szpaski”, czyli fraszki.
Brygida Simka para się nie tylko poezją i prozą, bo także maluje i haftuje. Jej obraz właśnie stał się prezentem dla gospodarzy potkania, czyli pań bibliotekarek.
A poetki i artystki ze Śląska dostały od Romana Dziobonia urokliwy górski pejzaż złowiony obiektywem podczas jednej z wędrówek.
Staszek Apostoł – też tworzący – przybył na śląsko-podhalańskie spotkanie w roli recytatora i barda. Zebrał oklaski za pełną emocji interpretację wiersza „Chochołowianie” Stanisława Nędzy-Kubińca, a jeszcze bardziej ucieszył słuchaczy ekspresyjnym „Kazaniem księdza Stolarczyka” pióra Macieja Pinkwarta. Z własnym gitarowym akompaniamentem wykonał natomiast „Hymn MMKS Podhale” swojego autorstwa. Następnym razem wszakże pokusi się zapewne o wykonanie jakiegoś słowno-muzycznego utworu gości…
Choć poeci z różnych stron Polski mówili różnymi językami, to w tym samym duchu.
– Mowa ta zanika – z troską wyznała Brygida Simka. – Dzieci w szkole nakłaniano, żeby mówiły poprawną polszczyzną.
– Gwara umiero – z kozdom babkom, z kozdym dziadkiem, kie wnuki ni majom casu, coby do nik zaźryć, posłuchać – wtórowała jej z podhalańskiej dziedziny Renata Lipkowska.
Ale były i bardziej optymistyczne akcenty.
– Japończycy stwierdzili, że w tym miejscu, gdzie my się urodziliśmy – życia już nie powinno być – relacjonowała Brygida Simka, wskazując na swojego krajanina, Krzysztofa Kokota. – A tymczasem tam jest dużo dziewięćdziesięciolatków, mój ojciec zmarł, jak miał dziewięćdziesiąt sześć lat i „na chodzie”…
Drugą część spotkania – już kameralną – przeniesiono w najlepsze ku temu miejsce, czyli do „bramy Gorców”, niedawno pięknie odrestaurowanej przez Gorczański Park narodowy Gajówki Mikołaja w Łopusznej. Pytanie, czy będą następne takie spotkania, wydaje się retorycznym.
Fot. Anna Szopińska