Śląski klimat mi nie posłużył

PIŁKA NOŻNA. Rozmowa z 23 – letnim Marcinem Folwarskim (na zdjęciu z lewej), wychowankiem Wierchów Lasek, okrzykniętym kilka lat temu, jednym z największych talentów podhalańskiej piłki, , który przez kilka lat związany był Podbeskidziem Bielsko Biała.

W sierpniu 2009 roku podpisałeś profesjonalny kontrakt z występującym wówczas na zapleczu ekstraklasy Podbeskidziem i … można rzec, że słuch o Tobie zaginął. Co się z Tobą działo od tamtego momentu?

– Zaraz po podpisaniu kontraktu nic nie wskazywało, że tak to wszystko się potoczy. Cały okres przygotowawczy spędziłem z pierwszą drużyną, którą wówczas kierował Marcin Brosz. Grałem regularnie w meczach sparingowych z tak mocnymi przeciwnikami jak Wisła, Cracovia, czy Ruch Chorzów. Zebrałem sporo pochlebnych recenzji. Po meczu z Wisłą podszedł do mnie nawet trener Maciej Skorża i pochwalił. Niestety potem było już tylko gorzej. Trener Brosz nie znalazł jednak dla mnie miejsce w składzie. Nie potrafił mi powiedzieć dlaczego. Nie, bo nie. Mam swoje przemyślenia na ten temat, ale wolałbym je pozostawić dla siebie. Nie powiem, trochę bolało. Bo sam po sobie widziałem, że w niczym nie odstaję od tych, którzy grali w pierwszym zespole. Jesień spędziłem w rezerwach. Mieliśmy mocną pakę. Wygraliśmy ligę bez większych problemów. Po sezonie rozdzwoniły się telefony. Trafiłem do czwartoligowego klubu z Czechowic. Dostałem świetne warunki. To był jednak mój jeden z największych błędów. Sportowo nic nie zyskałem, a nabawiłem się poważnej kontuzji. Przez pół roku leczyłem się w jednej z najlepszych klinik w Polsce. Wróciłem do Podbeskidzia, bo wiązał mnie z tym klubem kontrakt. Ponownie grałem w rezerwach. Kolejny przystanek w karierze to czwarto ligowy Nadwiślan Góra. Spędziłem tam półtora sezonu. Tylko początek wspominam miło. Wygraliśmy ligę, awansowaliśmy do 3 ligi, a ja byłem w gronie najlepszych strzelców zespołu. Im dalej, tym jednak było gorzej. Działo się wiele niewyobrażalnych rzeczy. Dziś nie chcę mieć już z tym klubem nic wspólnego.

Jaki jest na dzisiaj Twój status?

– Mam jeszcze pół roku ważną umowę z Nadwiślanem, ale doszliśmy do porozumienia z działaczami, że w każdej chwili, jeżeli znajdę nowy klub, to kontrakt zostanie rozwiązany za porozumieniem stron.

Czyli wiadomo już gdzie będziesz grał wiosną?

– Mam parę opcji. Głównie są to kluby ze Śląska, bo tam powiedzmy, że mam wyrobione nazwisko. Sam jednak mocno się zastanawiam, czy nie zmienić klimatu. Chyba dobrze by mi to zrobiło. Obecnie trenuję z klubem z Poronina. Jestem wdzięczny działaczom i trenerowi, że mi na to pozwolili. Jesteśmy po rozmowach. Podchodzimy do tematy spokojnie. Na razie myślę, o tym, żeby jak najlepiej przygotować się do rundy wiosennej. W Porońcu mam ku temu świetne możliwości. Trener podchodzi bardzo profesjonalnie do swoich obowiązków, a i w składzie jest wielu zawodników, od których można się sporo nauczyć.

Czy wierzysz, że „posmakujesz” jeszcze gry, w którymś z czołowych polskich klubów?

– Jakbym nie wierzył, to nie grałbym już w piłkę. Pewnie wziąłbym za telefon, wybrał numer do prezesa Zdzisława Łabudy i poinformował, że wracam do Lasku. Nie powiem, przez te całe dotychczasowe zawirowania, różne myśli w głowie się „kotłują”. Jakiś czas temu dostałem ciekawą propozycję pracy, ale warunek był jeden: rezygnacja z futbolu. Trochę się nad tym zastanawiałem, ale w tym samym okresie poznałem Adriana Sikorę. Zaprzyjaźniliśmy się. I to właśnie on wybił mi z głowy pomysł, abym kończył karierę. Wierzę, że wreszcie kiedyś szczęście się do mnie uśmiechnie.

Rozmawiał Maciej Zubek 

fot. sportowasilesia.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *