NOWY TARG. Kilka godzin, do wieczora, trwało wczoraj przedsesyjne posiedzenie komisji komunalnej, bo też konfliktowych spraw nazbierało się sporo. Jedną z nich była sprawa wywozu „podsypki” spod torowiska przy rozbiórce bocznicy kolejowej, biegnącej od stacji PKP przez las Bór. Część członków komisji zarzucała urzędnikom niewłaściwy nadzór nad zleconą rozbiórką i zaniechanie powiadomienia policji o fakcie kradzieży grysu.
Wcześniej pisaliśmy, że wywózkę „podsypki” ujawnili okoliczni mieszkańcy, interweniowała w tej sprawie radna Ewa Pawlikowska. Rzecz miała miejsce 27 sierpnia, zaraz potem roboty zostały wstrzymane, wywózka zablokowana.
Sprawę wyboru firmy wyjaśniał naczelnik wydziału gospodarki nieruchomościami i planowania przestrzennego Urzędu Miasta, Janusz Jakobiszyn. z początkiem czerwca urząd skierował zapytanie ofertowe w sprawie rozbiórki bocznicy. Swoje oferty złożyły trzy firmy, w tej liczbie nowotarska, która została wybrana, deklarując miastu 55 tysięcy złotych za to, że będzie mogła dokonać rozbiórki i wziąć sobie szyny, podkłady, elementy urządzeń, porządkując potem teren i układając kozła oporowego z szyn. Wcześniej biegły wyszacował koszt rozbiórki toru i wartość zdemontowanych elementów na ok. 50 tys. zł. Wykonawca jednak „rozpędził się” tak, że zaczął wybierać podsypkę pod torowiskiem, co nie było przedmiotem umowy. Zdążył ją wywieźć spod jednego toru o długości 189 metrów, szerokości 3,2 metra i głębokości 0,5 metra oraz spod drugiego toru, o tej samej szerokości i głębokości lecz długości 195 metrów. Daje to w sumie ok. 620 metrów sześciennych grysu, który może być użyty do budowy ścieżek rowerowych planowanych w tym pasie.
– 617 metrów sześciennych zostało wywiezionych, wykonawca przyznał się, że wywoził wbrew umowie – wyjaśniał naczelnik Jakobiszyn. – Są spisane protokoły w obecności radcy prawnego, który będzie prowadził sprawę, jeśli firma nie odwiezie grysu. Na miejscu jestem dwa razy w tygodniu, cały czas była kontrola.
W skuteczność tego nadzoru członkowie komisji rewizyjnej jednak wątpili, jeśli wykonawca zdążył wywieźć ok. 50-60 wywrotek „podsypki”, co musiało mu zająć 2-3 dni i w sprawie wywózki interweniowali dopiero mieszkańcy.
– Zgłoszenie od mieszkańców mówiło o 5-6 wywrotkach – tłumaczył wiceburmistrz Jan Kolasa.
Przewodniczący Rady Miasta, Michał Glonek, dociekał natomiast, czy zapisy umowy z wykonawcą były na tyle precyzyjne, by nie pozwalać mu na domniemanie, że może sobie zabrać również grys. Tu naczelnik Jakobiszyn zapewniał, że sformułowania musiały być dla wykonawcy jasne, skoro przyznał się do winy.
Tu wyszła jednak na jaw nowa okoliczność: że firma wykonawcza wnioskowała o podpisanie aneksu do umowy, który dawałby jej prawo również do „podsypki”. Wniosek został złożony już po ujawnieniu wywózki. Miasto go odrzuciło.
– Jeśli doszło do kradzieży, to powinna być zawiadomiona policja – uznał radny Janusz Tarnowski.
– W sytuacji, kiedy ktoś się rozpędził i wywiózł coś, czego nie trzeba, ale przyznał się do winy, traktujemy to jako nieporozumienie – tłumaczył wiceburmistrz Kolasa.
Przewodniczący komisji, radny Andrzej Rajski, wystąpił natomiast z gospodarskim wnioskiem, by wykonawca, który do 15 września ma odwieźć wywieziony grys i przywrócić teren do stanu po demontażu torowiska (z uporządkowaniem oczywiście), zawiózł go od razu Nadleśnictwu, które buduje następny kawałek ścieżki w Borze.
– Nie wiem, czy będzie możliwe takie wykorzystanie – zastrzegł od razu wiceburmistrz Kolasa. – Materiał miał być użyty do budowy miejskiej ścieżki.