NOWY TARG. Roman Dzioboń w Galerii „Jatki” jest gościem częstym. Ale każde jego pojawienie się w tych murach ściąga tak liczną publiczność, że brakuje krzeseł. Nic dziwnego, skoro dentysta, klasyk podhalańskiej poezji, zapalony rowerzysta, narciarz i górski wędrowiec, obrońca przyrody, a zwłaszcza drzew – najbardziej oczywiście rozkochany w Gorcach – chce i umie dzielić się z innymi swoją życiową mądrością, także całym pięknem, którym podczas tych wędrówek nasycił duszę.
Ujek Romek – wyrosły z rodzinnej gazdówki w Mieście, kształcony w „Goszczyńskim” i w krakowskiej Akademii – krążący po nowotarskich ulicach „jak mała krwi kropelka”, obywatel „Zasłużony dla Miasta Nowego Targu”, zaprzyjaźniony z wieloma osobami: od profesorów i hierarchów, przez śp. ks. Tischnera, po gazdów i pasterzy – wystąpił w cyklu „Mam wam coś do powiedzenia”. Dla spotkania, które miało być refleksją o życiu z perspektywy stomatologa, poety i cyklisty, wybrał tytuł „85 to nie grzech”.
Jasne, że 85 nie grzech, bo wręcz zasługa: być z rocznika 1932 i doczekać pięknego wieku w kondycji i sprawności do pozazdroszczenia przez wielu młodych; z taką sylwetką, żywością umysłu, pamięcią, potrzebą tworzenia. Skąd się to wszystko bierze – można się domyślić, spotykając go na rowerowych trasach i górskich szlakach – w kasku, getrach, czerwonym polarze, kurtce moro.
Tym razem w „Jatkach” Ujek Romek nie czytał wierszy. Opowiadał o przypadkach swojego żywobycia, a każda opowiastka kończyła się sentencją-puentą. Tym samym opowieści stawały się niemal przypowieściami. A pierwsze Dzioboniowe przykazanie brzmiało: „Chwal się tym, coś zrobił dla drugiego człowieka”. Ułożył on też swój „Dekalog 85 plus”.
Było w tych opowieściach miejsce na okres pracy w gminie Szaflary, kiedy na dentystycznym fotelu przyjmował 60-70 pacjentów dziennie. I do dziś pamięta wzruszenie, kiedy od „krzesnomatki” w chuścinie (ale już ze sztuczna szczęką) usłyszał: – Bo wyście taki „nas”…
Było miejsce i na czas samotnych wycieczek; i na wspomnienie przyjaźni z ks. Tischnerem. Wszystko ilustrowały archiwalne i krajobrazowe zdjęcia, bo Ujek Romek to także fotograf. Prof. Anna Mlekodaj, która ma na wydawniczym warsztacie kolejną książkową pozycję Romana Dziobonia, próbowała rozwinąć dyskusję o tym, czy w miarę jak się starzejemy, poszerza się nasza wolność. Ale z tym jest różnie, bo choć więcej nam wolno, w prostej proporcji do wieku ograniczeń też przybywa…
Rower to dla Ujka Romka jakby piąta kończyna, narzędzie, dzięki któremu przemierzył całe Podhale, poznał miejsca i ludzi. To także połowa sekretu sprawności i kondycji.
Refleksję o drzewach ściętych na brzegu Czarnego Dunajca, przy moście z kapliczką św. Jana Nepomucena, bo ponoć rosły w nieprzepisowym miejscu, skwitował krótko: – Czego moja dusza na starość nie cierpi, to głupoty.
Swoje opinie o tym, co się dzieje wokół, nasz poeta wyraża bezkompromisowo, bo 85 lat daje mu już taką wolność. Powiada, że nie mam powodu kłamać. Twarda to mowa i przywilej wieku, ale – gwoli sprawiedliwości – mówił tak i wcześniej, np. walcząc o drzewa przeznaczone do ścięcia przy rewitalizacji rynku.
Nie podarował i doktorom, którzy „dziś chyba nie mają czasu leczyć ludzi, tylko choroby” i zapominają, że uśmiech, dobre słowo to najlepsza recepta. Oberwało się od „Zasłużonego dla Miasta” miłościwie panującym w kraju, urzędnikom i toruńskiej rozgłośni.
– Jak pracujesz w zawodach związanych z ludźmi, a nie ma w tobie empatii, to lepiej, żebyś szedł śnieg odmiatać – tak brzmiała kolejna sentencja.
Na zło, głupotę, obojętność świata, na pamięć chorób, nieszczęść, śmierci bliskich osób jest jeden kojący balsam, czyli właśnie uśmiech. Nawet, gdyby miał to być uśmiech przez łzy. Roman z Dzioboniów – czy to na rowerze, czy na nartach, czy piechotą – darzy nim każdą spotkaną, nawet nieznajomą osobę. I wtedy widzi, jak tamten rośnie, jak z nieznajomego staje się znajomym.
Fot. Anna Szopińska