Rozmowa z posłem Edwardem Siarką o pracy parlamentarzysty i problemach uchodźców, emigrantów, niekontrolowanej sprzedaży polskiej ziemi obcokrajowcom
Panie Pośle, w Sejmie jest Pan już trzecią kadencję, jest więc Pan wyrobionym parlamentarzystą. Jakie są Pana doświadczenia w działalności poselskiej?
Mam dobre i złe doświadczenia. Dobre z czasów skróconej kadencji sejmowej 2005 – 2007, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Mam poczucie, że wtedy w wielu obszarach wiele się udało pozytywnego zrobić – w sensie ustawowym i dla regionu. Niewątpliwie do sukcesu tego okresu można zaliczyć ukończenie szpitala im. Jana Pawła II w Nowym Targu, o czym może wielu już nie pamięta. To była zasługa PiS.
Kolejne kadencje w opozycji, gdy nie miałem – jak cała opozycja – wpływu na decyzje, a ludzie, nie wiedząc o tym, nas rozliczali, były trudne. Dotyczyło to czasu katastrofy smoleńskiej w 2010 roku, dyskusji nad wydłużeniem wieku emerytalnego, gdy w zaledwie trzy dni i bez żadnej analizy decyzja została podjęta, a także niekorzystnych dla obywatela decyzji dotyczących spraw podatkowych, jak choćby podniesienia VAT do 23 procent czy likwidacji funduszy emerytalnych. Na żadne z tych spraw nie miała wpływu opozycja, choć oczywiście głosowaliśmy przeciw.
Mam poczucie, że – będąc w opozycji, nie mając wpływu na decyzje – nie mogłem zapobiec wielu działaniom, np. likwidacji funduszu rezerwy demograficznej, który miał wesprzeć system emerytalny, czy długowi publicznemu na słynnej tablicy Balcerowicza, który przekroczył już bilion złotych!
Był to czas, gdy walczyliśmy też z bezsensowną prywatyzacją PKL, która była przykładem decyzji przemyślanej i realizowanej punkt po punkcie z pełną świadomością. Nie byliśmy tego w stanie zatrzymać. Na szczęście górale mają pełną świadomość, że to co zrobiono z PKL, było wyjątkowo antypolskie i bez poszanowania prawa własności.
1 maja 2016 roku to ważna data, polską ziemię będzie mógł kupić każdy cudzoziemiec, w ilości jakiej sobie zażyczy… Tymczasem inne kraje europejskie i unijne mocno dbają, aby ich ziemie nie trafiały w obce ręce. Problem ten dotyka w szczególny sposób i Podhala, gdzie ziemi jest mało, a jest ona bardzo atrakcyjna… Widzimy to na przykładzie kolejki na Kasprowy Wierch, która – mimo protestów – trafiła ręce spółki z Luksemburga wraz z terenami Parku Narodowego… Panie pośle, jaki stosunek ma Pan do sprzedaży polskiej ziemi obcokrajowcom?
Kwestia ochrony polskiej ziemi jest jedną z najważniejszych z punktu widzenia funkcjonowania naszego państwa, jego bezpieczeństwa i jego wolności. W maju 2016 roku mija 12 letni okres karencji na sprzedaż polskiej ziemi obcokrajowcom. W tej chwili każda osoba fizyczna z Europy może kupić ziemię, ale powinna mieć zgodę ministra spraw wewnętrznych na nabycie ziemi. Niestety, w minionych latach, jak wykazała NIK, obcokrajowcy skutecznie obchodzili ten zapis… Oblicza się, że na tzw. „słupy”, czyli podstawione osoby (obywateli polskich), które nabywały ziemię rolną, zostało sprzedanych obcokrajowcom ok. 200 tysięcy hektarów ziemi w Zachodniopomorskiem, Lubuskiem i na Mazurach.
No tak, ale słyszy się, że jesteśmy w Europie, w Unii, że to normalne, nie problem, że jest przepływ ludności na kontynencie, że jesteśmy Europejczykami…
Tym, którzy uważają, że to nie problem, chce przypomnieć, że zakup ziemi we Francji , Belgii, Niemczech, Danii, Holandii jest wręcz niemożliwy i to nie tylko przez zaporowe ceny, ale zakazy czysto administracyjne. Na przykład, jeśli ktoś chce nabyć ziemię, musi fizycznie prowadzić gospodarstwo, mieć uprawnienia gospodarskie. W takiej Danii dodatkowo wymagane jest przeniesienie się do Danii, przyjęcie jej obywatelstwa i pozbycie się swej ziemi w innym kraju. Tymczasem w Polsce ziemię kupuje się bez problemu. Najczęściej i najwięcej kupują jej u nas Holendrzy i Luksemburczycy – u nich ziemia jest tysiące razy droższa niż u nas…
Dlaczego, Panie Pośle, tak się więc dzieje?
W wielu miejscach w kraju dochodziło do bezkrytycznej sprzedaży ziemi, często wynikało to z nieświadomości sprzedających i z ich bieżących potrzeb. U nas w górach jest ziemi niewiele, a dwa razy tego samego się nie sprzeda. Tymczasem watro podkreślić, że mamy tyle wolności ile własności. Póki mamy własność, możemy czuć się bezpiecznie.
Nieprawidłowości w obrocie ziemi wynikają też z praktyki samej Agencji Nieruchomości Rolnej, która sprzedaje ziemię i nie korzysta z prawa pierwokupu cennych obszarów. Największa skala nieprawidłowości jest przy sprzedaży ziemi do spółek z udziałem kapitału zagranicznego. Na Podhalu było tak np. w przypadku sprzedaży PKL, gdzie wprowadzono skrajnie niekorzystną interpretację zapisu o nabyciu ziemi przez cudzoziemców.
Kolejny problem polega na tym, że spółki z mniejszościowym kapitałem zagranicznym nabywają ziemię, po czym spółka, gdy już nabędzie ziemię, staje się całkowicie własnością kapitału zagranicznego…
W każdym takim przypadku powinna być zastosowana prosta reakcja administracyjna, a jej nie ma! Stąd pojawiło się żądanie wielu środowisk, aby w końcu zatrzymać tę niekontrolowaną sprzedaż ziemi, wprowadzić zakazy, ograniczenia, które spowodują, że to obywatel Polski będzie miał zawsze pierwszeństwo do nabycia polskiej ziemi. Należy też rozwiązać kwestię dzierżawców, aby nie posiadali oni nieograniczonego prawa pierwokupu.
Tak, ale czy można zrobić coś takiego, jeśli jesteśmy w Unii, mamy wspólną politykę unijną?
Generalnie nabywanie ziemi w Europie jest obwarowane zakazami i państwa narodowe tego pilnują. Chcę tu też podkreślić, że komisja europejska zwróciła uwagę na szereg nieprawidłowości z nabywaniem ziemi u nas. Dziś wiemy już, że Węgrzy i Rumunii tak stracili 10 procent ziemi swego kraju. Niebezpieczną sprawą było to, że np. w Bułgarii Rosjanie mogli kupić sobie paszport i obywatelstwo i jako obywatele kraju UE kupować w UE ziemię. Dotyczyło to państw dawnego bloku wschodniego.
Teraz dopiero, na wiosnę, gdy w sposób nie uwzględniający interesów państwa sprzedano hektary ziemi, zdecydowano, że można podjąć decyzje, które w jakimś stopniu powstrzymają ten proceder. To jednak dopiero przyszły rząd będzie musiał wprowadzić dodatkowe obostrzenia w sprzedaży ziemi, a więc: znajomości języka polskiego, fizycznego prowadzenia gospodarstwa. Teraz, jak wiemy, często w Zachodniopomorskiem, czy Lubuskiem wiosną obcokrajowcy z zagranicy przywożą pług z ciągnikiem, a jesienią kombajny, wywożą zboże za granicę, odzyskując tak VAT, a zaraz potem zboże do nas wraca, jednak już z dopłatą unijną. Ten proceder wykańcza nasze rolnictwo. Podobnie jest też w branży mleczarskiej, gdzie wielkie sieci handlowe dyktują producentom cenę mleka. Owszem, z punktu widzenia konsumenta niska cena jest korzystna, ale równocześnie jest to zabójcze dla polskiego rolnictwa.
Należy podkreślić, że w ogóle handel wymknął nam się spod kontroli. Ponad 50 procent branży spożywczej to wielkie sieci handlowe, a te, jak wykazała NIK, płacą w Polsce jedynie minimalne podatki, w przeciwieństwie do naszych polskich przedsiębiorców.
Panie Pośle, skoro był Pan w opozycji i nie miał Pan większego wpływu na decyzje podejmowane przez rządzącą koalicję, to co dobrego zrobił Pan w mijającej kadencji?
Przede wszystkim miałem bardzo bliskie relacje z wyborcami. Przez 4 lata odbyłem ponad 400 bezpośrednich spotkań ze zwykłymi ludźmi. Poświęciłem na to bardzo dużo czasu, nieraz całe weekendy, wieczory w tygodniu. To dało mi bezpośredni ogląd kraju, potrzeb i bolączek mieszkańców. Dzięki temu wiem, że Sejm zaniedbał wiele kwestii, bo nawet poprawki czy wnioski obywateli do ustaw spotkały się z niezrozumieniem koalicji PO – PSL i odrzuceniem.
Z Sejmu często wychodzą absurdy! Zwracają na to uwagę sami obywatele. Ludzie prowadzący działalność gospodarczą nieraz wytykają rażące błędy, nieścisłości w prawie budowlanym, prawie podatkowym. Przedsiębiorcy podkreślają, że w wielu miejscach są to zapisy absurdalne. Szczególnie dotykają one ludzi prowadzących małe przedsiębiorstwa. Tych, którzy chcą uczciwie prowadzić swój biznes. Nie mogą tego robić, bo w ustawach jest dużo lobbingu wielkich korporacji, one prawo naginają do swoich potrzeb, a ci mali przedsiębiorcy się z tym borykają, problem mają też samorządy, małe gminy.
Chcąc wykorzystać czas, starałem się wspierać samorządy w inwestycjach, pomagać w załatwieniu czystych formalności, nawet, że tak powiem, w charakterze „odźwiernego”. Starałem się wykonywać taką pracę pozytywistyczną „u podstaw” .
Bardzo dużo czasu poświęciłem na regulację własności wspólnot gruntowych. To mi się udało – może nie do końca, nie w 100 procentach, ale dzięki moim zabiegom został wykreślny wcześniejszy zapis, dzięki czemu te wspólnoty będą mogły się starać o wpis do hipoteki.
Wiele czasu poświęciłem kwestiom związanym z szeroko pojętym bezpieczeństwem. Po 2010 roku, po tragicznej śmierci posła i prezesa małopolskich strażaków, Wiesława Wody, zostałem ich szefem, wybranym dość jednogłośnie. Jeśli chodzi o kwestie strażaków OSP, udało mi się zrealizować wiele potrzebnych zakupów dla naszego województwa. Rok w rok kupowaliśmy po ok. 30 samochodów strażackich. Uczciwie muszę tu powiedzieć, że wiele zakupów było możliwych dzięki współpracy z samorządem wojewódzkim. Dzięki programowi „Małopolskie remizy”, który jest jedynym tego typu w Polsce, rok w rok pozyskiwaliśmy po 3 mln złotych na remonty i modernizacje remiz. Z kolei z WFOŚ na zakup umundurowania i sprzętu pozyskujemy fundusze w ramach trwającego programu „Bezpieczny strażak”. Udało się też w Sejmie znowelizować dwie ustawy, które szczególnie utrudniały działalność strażaków: ustawę o kierujących pojazdami i ustawę o ubezpieczeniach społecznych.
Tematem wiodącym teraz w mediach, a także w rozmowach zwykłych ludzi jest problem uchodźców i emigrantów. Szczególnie wiele emocji wzbudza ich odmienność kulturowa, religijna, światopoglądowa, a nawet i mentalna. Jak Pan, Panie Pośle, widzi ten problem?
My nie uciekniemy od tego. Historycznie rzecz biorąc, Europa zawsze miała z tym problem – z wędrówkami ludów, ludzi. Aby nie sięgać zbyt daleko, przypomnę, że po II wojnie światowej były wielkie przesiedlenia ludności. Dotyczyło to choćby ziem polskich. Tak też na przykład powstało państwo Izrael. Zawsze była bardzo skomplikowana sytuacja na Bałkanach, które są takim miękkim podbrzuszem naszego kontynentu. To już końcem XX wieku zaskutkowało rozpadem Jugosławii i konfliktem wojennym.
Teraz też może dojść do lokalnych konfliktów. W obozach w Turcji są dwa miliony ludzi, a w Libanie i Jordanii po 1,5 miliona ludzi! To, co się dzieje, to niestety, błędy związane z polityką wobec Libii, Syrii i Iraku, które zmusiły ludzi do ucieczki. Równocześnie zachęta ze strony Niemiec i hasła typu „Chodźcie, czekamy na was, witamy was” – spowodowały lawinę wędrówek do Europy.
Niewątpliwie Europa ma problem z starzejącym się społeczeństwem, bo przez lata nie wspierano rodzin, a politycy wręcz swymi decyzjami ograniczali urodzenia, posiłkując się przy tym emigrantami, którzy byli ludźmi wykształconymi, znającymi języki. To było jednak z fatalnym skutkiem dla krajów Afryki. Dziś ten problem, co trzeba stanowczo zauważyć, wymknął się spod kontroli, bo każdy uchodźca słyszy, że w Niemczech, Danii, Szwecji, czy Holandii otrzyma darmowe jedzenie, mieszkanie, opiekę zdrowotną, naukę języka i do tego 200 euro kieszonkowe na osobę. Ciągną więc do Europy… Warto tu podkreślić, że polska emerytura najniższa wynosi niespełna 200 euro, a emeryt za to musi sam opłacić swoje jedzenie, mieszkanie i lekarstwa... To dlatego, gdy patrzymy na tych imigrantów super ubranych z najnowszymi modelami komórek i skrajnym nieposzanowaniem tradycji lokalnych, a zwłaszcza brakiem poszanowania dla kościołów, gdzie bez problemu robią sobie toalety – patrzymy na nich nieprzychylnie. Emigranci to zresztą też inna kuchnia, inne obyczaje, zwyczaje, normy, religia. To dlatego Arabia Saudyjska już zadeklarowała, że sfinansuje u nas budowę 200 meczetów i to nie jest plotka, a fakt.
Dla nas to, co obserwujemy, ta sytuacja jest niebezpieczna. To będzie mieć tragiczne dla nas skutki dla więzi rodzinnych. Tak naprawdę jest to zdecydowane uderzenie w Kościół. Na naszych oczach dokonuje się przebudowa struktury społecznej.
Owszem jestem za tym, aby pomagać ludziom, zresztą Polacy zawsze tak robili. Przypomnę, że gdy w Europie były wojny religijne u nas ich nie było, a gdy z innych państw Europy uciekali Hugenoci czy Żydzi, my ich przyjmowaliśmy. Polska z tego słynęła na świecie. Trzeba o tym zawsze pamiętać, a szczególnie teraz, gdy nam się zarzuca brak solidarności.
Jako członek komisji ds. UE, mogę przypomnieć, że domagaliśmy się solidarności Unii Europejskiej, aby zasada ta rzeczywiście obowiązywała, ale w kwestiach ekonomicznych dziwnie o tym zawsze się zapomina… O tym głośno mówią dziś Węgrzy, Czesi, Słowacy, ale słabo polski rząd… Takim skrajnym przykładem braku zasady solidarności są budowa gazociągu po dnie Morza Bałtyckiego, czy strefa Euro! Wiele inwestycji w Europie też świadczy o braku unijnej solidarności.
My jako państwo musimy sami dbać o swoje interesy. System wprowadzenia uchodźców to uderzenie w tradycyjne państwa narodowe, próba przebudowy UE w bliżej nieokreślony podmiot, w którym państwa narodowe nie będą mieć znaczenia.
No tak, ale przecież mówi się, że ci emigranci i tak u nas nie będą chcieli zostać, bo nie mamy tak dużych zasiłków, jak np. w Niemczech.
Tak, nie chcą, bo odstajemy w sferze socjalnej, ale za chwilę na pewno się okaże, że zostanie nam narzucony przez komisję europejską poziom wsparcia, jaki mamy dać uchodźcom i będzie on na poziomie Unii Europejskiej, wtedy uchodźcy tu zostaną. Już zresztą dziś, o czym może wie niewielu, w ustawie o cudzoziemcach jest zapis uniemożliwiający wypłatę wynagrodzenia na niższym poziomie niż cudzoziemiec ma w swoim kraju. Nad tym czuwa wojewoda.
A czy my mamy miejsca na przyjęcie takiej wielkiej ilości uchodźców i emigrantów?
Nie mamy miejsc, gdzie mogliby być uchodźcy, bo te które są, już dawno są pełne. My mamy miejsca tylko na 3 tysiące osób, a te są zajęte… To dlatego już w wakacje straż graniczna i wojewodowie zwrócili się do samorządów z zapytaniem, czy są gotowi przyjąć emigrantów i uchodźców do szkół i remiz OSP. Zresztą, z tego co wiem, całkiem blisko Podhala będzie duży ośrodek, gdzie przewidziany jest pobyt bardzo dużej grupy…
Muszę na koniec powiedzieć, że teraz widać jakim wielkim błędem było zlikwidowanie Karpackiego Oddziału Straży Granicznej. Gdy walczyliśmy o to, aby został, tym bardziej, że tuż przed likwidacją zainwestowano w placówkę grube miliony, wtedy minister sprawiedliwości nas przekonywał, że od strony południa nic nam nie grozi. Teraz widać, jak się bardzo mylił.
Dziękuję za rozmowę.