NOWY TARG. Po tragedii, jaka przed niespełna miesiącem wydarzyła się w Nowym Targu, skutkując zgładzeniem 59-letniej matki i prawdopodobnie samobójczą śmiercią 31-letniego syna, domniemanego sprawcy tego zabójstwa – prokuratura szuka odpowiedzi na pytanie, co mogło być przyczyną przerażającego ciągu zdarzeń. Organ ścigania podjął kroki, by uzyskać opinie lekarzy zajmujących się synem.
Prokuratura wciąż jeszcze czeka na pisemną opinię posekcyjną i ekspertyzy potwierdzające, czy młotek znaleziony przy ciele kobiety, która zginęła wskutek uderzeń tępym narzędziem w głowę, w domu przy ul. Waksmundzkiej, na pewno był narzędziem zbrodni. Długo trzeba bowiem czekać na wyniki badań DNA.
Analiza protokołu przesłuchań ojca i męża, który jednego dnia stracił dwójkę najbliższych osób rzuciła już jednak pewne światło na okoliczności poprzedzające tragedię.
– Wiemy tyle, że była to rodzina funkcjonująca normalnie – mówi nadzorujący prowadzenie sprawy prokurator Jacek Tętnowski. – Natomiast w drugiej połowie roku – może w sierpniu – zaczęły się pojawiać symptomy choroby u tego młodego mężczyzny. Badania przeprowadzone przez lekarza wskazały, że cierpi on na depresję. Z tego powodu był leczony, miał być leczony jeszcze intensywniej. Na początek stycznia miał ustalony termin pobytu w szpitalu, ale do tego już nie doszło…
Konkretnych informacji o stanie zdrowia psychicznego syna – z przesłuchań lekarzy – Prokuratura Rejonowa nie może jednak uzyskać bez zgody sądu. Dlatego wystąpiła do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu, jako właściwego do rozpoznania sprawy, o zgodę na przesłuchanie lekarzy, którzy w czasie poprzedzającym tragedię diagnozowali i leczyli młodego nowotarżanina. Od lekarzy prokuratura oczekuje odpowiedzi na pytania, jaki był stan tego mężczyzny, jakie było rozpoznanie, jakie przewidywano leczenie w momencie kontaktu z chorym i w przyszłości. Chodzi o uzyskanie odpowiedzi, czy choroba stwarzała zagrożenie dla niego samego i otoczenia.
Same zeznania ojca, zebrane tuż po tragicznych wydarzeniach, na razie nie wyjaśniły wiele.
– Wyjeżdżając służbowo z domu dwa dni przed tragedią, nie zaobserwował on niczego, co miałoby do niej doprowadzić – stwierdza prokurator po lekturze protokołów. – Kontaktował się z żoną, która też nie przekazywała mu jakichś drastycznych informacji. Jedynie powiedziała, że będzie się musiała udać z synem do lekarza. Rozmawiała normalnie, bez jakichś nietypowych dla niej zachowań. Wyniki dochodzeniowych czynności nie zaprzeczyły przyjmowanej na początku wersji, że syn pozbawił życia matkę, ale równocześnie stuprocentowej pewności tego nie mamy.
To, do czego doszło we wnętrzu domu, a potem na „zakopiance”, gdzie syn poniósł śmieć, wjeżdżając pod TIR-a, jest tym bardziej zaskakujące, że w obserwacjach rodziców nic nie zapowiadało tragedii.
– Z tych wypowiedzi wynika, że syn nie był agresywny, a wręcz przeciwnie – sam przeżywał jakieś lęki, obawy – zaznacza prokurator.
Przejawiały się one np. z w tym, że wolał przebywać z rodzicami na parterze niż u siebie na piętrze.
Zastanawiającą rzeczą jest więc, dlaczego pojawiła się śmiercionośna agresja. Prokuratura będzie szukać u lekarzy odpowiedzi na pytanie, czy nie mogły jej spowodować np. zaburzenia o charakterze afektywnym, dwubiegunowym. Ale to na razie hipotezy.
Fot. Anna Szopińska