30-lecie Zespołu „Mali Śwarni” – pod patronatem naszej gazety internetowej PODHALE REGION
NOWY TARG. Przez cały wczorajszy wieczór „Mali Śwarni” świętowali swoje 30-lecie. O tym zacnym jubileuszu ś.p. Maria Staszlowa myślała od dwóch lat, przygotowywała go jak najbliższa sercu sprawę. Już rok temu rezerwowała termin i salę widowiskową, „bo potem różnie być może…” Stało się – „Mama” Dziecięcego Zespołu odeszła 1 maja. Ale jej kochanie i starania zaowocowały pięknie, zapaliły innych. O „Małych Śwarnych” możemy już być spokojni.
Swój
żywot
zaczynał
zespół w
1983 r.,
z inicjatywy
państwa

Staszlów i
pod skrzydłami nowotarskiego Cechu Rzemiosł Różnych. po 10 latach jednak, z przyczyn finansowych, patron zdecydował się go rozwiązać. Gdyby nie determinacja kierownictwa zespołu – państwa Marii i Józefa Staszlów – oraz rodziców, którzy wraz z nimi stworzyli Towarzystwo Przyjaciół dziecięcego Zespołu „Mali Śwarni”, jedna z najbardziej uroczych, znaczących i zasłużonych regionalnych grup mogłaby już nie istnieć. Ale przetrwała bardzo dzielnie „tułacze lata”, ma już swój kącik w Miejskim Ośrodku Kultury, wiernych przyjaciół i dobrodziejów.
„Małych Śwarnych” widać i słychać – nie tylko w zimie na stoku, gdy organizują doroczny karnawał na Śniegu dla dzieci, ale przy bardzo wielu miejskich imprezach. Na każdą okazję mają stosowny program. W trzydziestu latach swojego istnienia zespół objechał niemal całą Europę, uczestniczył w najbardziej znaczących festiwalach i zdobył mnóstwo nagród, swój charakter budując na podhalańskiej tradycji i dawnym „zwyku”. Jego wychowankowie to dziś założyciele wielu regionalnych grup i trzon zespołów, o których głośno, np. „Zakopowera”. Spod smyka pana Józefa wyszło mnóstwo zawołanych muzyków. Taki efekt dała systematycznie i rzetelnie prowadzona nauka góralskiego śpiewu, tańca, gwary.
Osiągnięcia są spisane w folderze i w potężnej, pieczołowicie przez panią Marię prowadzonej, a po jej śmierci skrupulatnie uzupełnionej kronice.
Swoje świętowanie zaczęli wczoraj „Mali Śwarni” mszą w kościele św. Katarzyny, jako że tam wiele lat proboszczował ich kapelan i przyjaciel – ks. prałat Mieczysław Łukaszczyk. Księży przy zespole jest zresztą więcej, ale o tym później.
Gdy zespół wraz z gośćmi po mszy przeniósł się do MOK-u, widać było, góralska gromada wypełniła całą salę widowiskową. Zanim jeszcze muzyka rozsiadła się w krzesłach, nastroiła skrzypce i basy, „zamówił” sobie u niej granie 14-miesięczny Kacper Uchmanowicz (mama gra w „Zawaterniku”), wkraczając na scenę. Tak było potem przez cały czas – co rusz któreś maleństwo spontanicznie pokazywało, jak go ciągnie żywioł góralskiej muzyki… Oni po prostu czuli, że ta zespołowa robota jest dla nich.
Pamięć i wdzięczność dla ś.p. pani Marii zawarła się w rzewnej nucie „Krywania”. Honory gospodarza musiał pełnić pan Józef, ale przecież nie sam, bo ma u boku synową Stasię Trebunię-Staszel syna Pawła i wnuka Kubę w muzyce; ma następców od nauki tańca – Bernadetę Szumal i Piotra Batkiewicza. Fakt, że – jak mówił pan Józef – jest na Podhalu kilkanaście rodzin zachowujących i przekazujących autentyczną góralską kulturę. Ale też idzie cały czas potężna praca w zespołach. Za największe osiągniecie tej regionalnej, wychowawczej roboty poczytuje sobie pan Józef to, że zespołowicze czy „zespolanie”, jak mówią inni „…nie zasilają grup terapii alkoholowej i nie mają krzywych kręgosłupów”. Ano, racja…
Próbkę tego, co „Mali Śwarni” potrafią, dostała widownia w postaci programu, którym zespół zdobył w Zakopanem „Złote Kierpce”. Gdy pokazywali, jak to bywało, jak się żyło i jak wyglądały domowe prace na Podhalu przed wiekiem, w ruch poszły starodawne sprzęty. A wszystko – przy wtórze śpiewek, przerywane taneczną uciechą. Gdy kierownik, pan Józef, przewrócił serdak kudłami do wierzchu – bo tak od wieków robili górale – to znaczyło, że był dzień powszedni…
Wyświetlanie starych, jeszcze czarno-białych zdjęć, przywoływało wspomnienia osób i wydarzeń. Ten i ów kogoś rozpoznał, stawały znów przed oczyma minione lata. Jaki efekt dało zespołowe wychowanie – pokazał ks. Marcin Borowicz, podkasując sutannę i ruszając w tan. To pan Józef i jemu, i innych chłopakom powtarzał przed laty: „jak nie chcecie mieć za dużo z przodu, to uczcie się zbójnickiego…”.
Tak można by długo wspominać, ale czekał z życzeniami i gratulacjami tłum przyjaciół. Niektórzy przybyli nawet z Warszawy i Lublina.
Senator Stanisław Hodorowicz wystosował do „Małych Śwarnych” piękny list. Burmistrz Marek Fryźlewicz specjalnie na ten jubileusz ustanowił nowe odznaczenie – „Honorowy Ambasador Nowego Targu” – by je wręczyć zespołowi. Przedstawicielki Fundacji Cepelia „Za Zasługi dla Rodzimej Kultury” odznaczyły Bernadetę Szumal. Maria Stoch z poroniańskich „Regli” napisała wzruszający wiersz dla pani Marii. Z muzyką i życzeniami od całej gminy Nowy Targ wkroczyła na scenę rodzina Szewczyków. Bratnich zespołów, które z gratulacjami i dobrym słowem przybyły na jubileusz „Małych Śwarnych” było wiele: „Mali Hyrni” z Nowego Targu, „Odrowązianie”, „Zawaternik” z Leśnicy-Gronia, „Mali Zaskalanie”, „Mali Białcanie” i „Białcanie”, „Mali Zaskalanie”, duzi „Śwarni”, „Lublinianie” (całą familią) „Mali Marusynianie” z rodzinnej miejscowości Józefa Staszla. Ci, którzy „wyszli spod jego smyka” i niosą dalej góralską muzykę – dziękowali mu osobno i gorąco. Najmniejsi zespołowicze dostawali do trzymania coraz więcej prezentów – obrazów na szkle, rzeźb w drewnie, słodyczy, bukietów itd.
Z Nowego Sącza przyjechał na jubileusz Antoni Malczak – dyrektor Małopolskiego Centrum Kultury „Sokół” przywożąc oryginalną pamiątkę – uroczysty adres w ramce, z góralskimi koralami. On akurat pamięta jeszcze trudne początki zespołu i czas „bezdomności”. Tym bardziej docenia upór szefostwa i owoce pracy.
Gratulacje jubilatom składał cały Związek Podhalan – w osobach prezesa Macieja Motora-Greloka i członka Zarządu Głównego Alojzego Lichosyta, dziękując kierownictwu za „wzorcową robotę”; przypominając, że pan Józef to na Podhalu prekursor wychowania regionalnego. Za nimi pospieszył prezes nowotarskiego Oddziału, który patronuje zespołowi – Wojciech Groń.
Dla swojego kierownika, kochanego profesora, prymisty i mistrza pana Józefa Staszla, mieli najmłodsi, starsi i najstarsi „Mali Śwarni” efektowny prezent na koniec – wielki tort ze sztucznymi ogniami. Po kawałku starczyło dla wszystkich. Bo „Mali Śwarni” każdą uciechą lubią i potrafią dzielić się z innymi.
Fot. Anna Szopińska