NOWY TARG. Bardzo niezwykły koncert gościła w swoich ścianach Galeria BWA „Jatki”. Był on dziełem ciekawej muzycznej pary: Sylwii Basty (Podhale) i Samaela Francisco Flores Rodigueza (Meksyk). Odbył się w cyklu „Mam Wam coś do powiedzenia”.
Muzyka i śpiew Sylwii Basty, także jej żywiołowej wokalnej grupy „Hilaritas”, nieraz już rozbrzmiewały w galeryjnych ścianach. Koncertująca nauczycielka muzyki dała się poznać także jako uzdolniona kompozytorka i poetka. Sama tworzy teksty i muzykę do nich, wyrażając całe bogactwo uczuć i odsłaniając bardzo kobiecą, tkliwą, ale i przenikniętą góralskim światem duszę.
Samael Flore Rodriguez to Meksykanin, kompozytor z 18-letnim stażem, grający na instrumentach klawiszowych.
Drogi życia dwojga osób z tak różnych kręgów kulturowych spotkały się w muzyce. I zadziwiającą, tajemniczą sprawą jest, jak inspirujące potrafi być zetknięcie tradycji odległych zakątków świata. Nie bez przyczyny dwujęzyczny tytuł spotkania brzmiał: „En el circulo de la vida entre nuestras tradiciones”, czyli „W kręgu życia pomiędzy naszymi tradycjami”.
Sylwia, jako wykonawczyni utworów – meksykańskich, staroangielskich, góralskich, własnych i Samaela – zaprezentowała się jako prawdziwa multiinstrumentalistka. Gitarę zamieniała na skrzypce, skrzypce na flet. Grała też na flecie prehiszpańskim, darowanym jej przez Samaela, któremu z kolei ten oryginalnie zdobiony instrument sprezentował ojciec.
Pierwszą pieśnią osobliwego koncertu była „Płacząca” – osnuta na azteckich jeszcze wierzeniach, że dusze zmarłych przy porodzie kobiet błąkają się po rozstajach, zawodząc przejmująco. „Brzydal” to znowuż ballada o ludzkich plotkach, gdy piękna kobieta wiąże się z brzydkim mężczyzną, choć przecież to tylko powierzchowność. Ze staroangielską balladą Samael wiąże wspomnienie z najgłębszego dzieciństwa – gdy ojciec ją grał, wkładał go do futerału skrzypiec. Wtedy maluch najspokojniej zasypiał.
Wiele było w tej podhalańsko-meksykańskiej muzyce miłości, śmierci, narodzin, radości i lęków; wiele sentymentów, wspomnień, liryki, blasku gwiazd i słonecznego ciepła. Własną kompozycją „Dobranoc”, Sylwia dziękowała swojemu nieżyjącemu dziadkowi, który wprowadzał ją w świat dźwięków.
Z meksykańskich – dość przerażających podań – narodziła się ballada „La bruja” („Wiedźma”), o kobiecie, która – przez magiczne zabiegi zmieniała się w krwiożerczego demona, wysysającego nocami krew niemowląt z okolicy. Uśmierciła tak też własnych synów. Gdy mąż wcześniej wróciwszy z podróży odkrył straszna prawdę – w rozpaczy i wściekłości podpalił dom. Wtedy skrzydlata wiedźma w zwierzęcej skórze nigdy już nie wróciła do ludzkiej postaci i odtąd demon błąkający się po pustkowiach, ponoć wciela się w inne wiedźmy i kontynuuje straszne dzieło. Ten muzyczny motyw pojawił się w filmie „Frida” o meksykańskiej malarce Fridzie Kahlo. Sylwia sięgnęła natomiast po oryginalną aranżację.
Zakończyła niecodzienne koncertowanie kompozycja Samaela stworzona na pożegnania zachodzącego słońca, odegrana właśnie na flecie prehiszpańskim. Dodajmy że muzyczne doznania towarzyszące kolejnym utworom wzmacniała warstwa ilustracyjna – w postaci meksykańskiego malarstwa, sztuki ludowej fotografii, tematycznie i symbolicznie skojarzonych z treścią utworów. Słuchacze wypełniający Galerię tych przeżyć i kulturowych klimatów długo nie zapomną.
Podhalańsko-meksykański koncert
Fot. Anna Szopińska