Nie żyje Tadeusz Tomik

tadek 2NOWY TARG. Nigdy nie mógł się nadziwić, dlaczego ludzie starają się tak szybko żyć, że zapominają, po co w ogóle żyją.
– Przecież oni sami sobie kradną czas, którego tak bardzo niby potrzebują, w zabieganiu o rzeczy, których nie potrzebują – powiedział mi kiedyś.

Nie lubił „bzdurnego życia”, opartego na bzdetach i podyktowanego głupotą.

Niestety, stało się to, co od jakiegoś czasu przewidywaliśmy. W poniedziałek odszedł Nasz Tadek Tomik. Kamerzysta, dziennikarz od lat związany z Nowotarską Telewizją Kablową. Znałem go zaledwie kilka lat, ale nawet kiedy tylko mijaliśmy się w naszej pracy, jako koledzy po fachu, o Tadku wiedziałem stosunkowo wiele. Kiedyś Piotrek Rayski Pawlik, opisując Go powiedział: facet nietuzinkowy, inteligencją mógłby obdzielić co najmniej kilka osób. Szybko okazało się, że również wiedzą (Tadek zawsze powtarzał, że wiedza z inteligencją nie są spójne). Jego programy, zwłaszcza te przyrodnicze, najzwyczajniej w świecie mnie pochłaniały.

Potrafił się jednak i obrazić. Szczególnie na głupotę. Powtarzał, że myślenie to jeden z niewielu procesów życiowych, który nie boli, dlatego jest takie przyjemne. Kochał wszystko, co ukryte było w lesie, na łące, w trawie. W ubiegłym roku latem poszliśmy do Boru na Czerwonem. Niestety, nie mogę się pochwalić, że długo rozmawialiśmy, bo to był zwykły monolog Tadka – o każdym mchu, paproci, kwiatku mógłby mówić godzinami. W obcowaniu z przyrodą był najszczęśliwszym, człowiekiem, jakiego można było spotkać.
I dlatego pewnie już teraz jest o wiele bardziej szczęśliwy, bo przecież w niebie nie żyje się na wyścigi i nie ma tej głupoty.

Józek

Czuł dziwność istnienia

Ktokolwiek choć raz dał się mu wciągnąć w rozmowę – jeśli akurat Tadek miał wtedy wenę do rozmów – musiał być pod wrażeniem obcowania z umysłowością nieprzeciętną, myśleniem niebanalnym. Bo posiadał jakiś zmysł analizy i syntezy jednocześnie, pozwalający Mu odkrywać naturę zjawisk i procesów zachodzących w przyrodzie, w historii, w Kościele, w ludzkiej zbiorowości. Potrafił to – przez analogie, porównania, błyskotliwe skojarzenia – jakoś na swój sposób zrozumieć i wytłumaczyć innym. Doświadczało się wtedy takich małych iluminacji: – Rzeczywiście tak jest! – Fakt, ku temu to zmierza… – Ano, historia kołem się toczy…

Nie znaczy to jednak, że się godził z urządzeniem świata. Był typem wiecznego opozycjonisty. Swoją opozycyjność demonstrował wobec przejawów głupoty, absurdu, pozorów, konwencji, fasadowości, hipokryzji, wyścigu szczurów. Albo uciekał od tego wszystkiego ku przyrodzie, która jedyna jest mądra i bezgrzeszna. Robił to nawet, gdy musiał się już mocno zmagać z fizyczną słabością. Natura widocznie najlepiej koiła jego ból istnienia. Bo rzeczywistości przyglądał się z wyjątkową bystrością. I wyciągał swoje wnioski.

Jeśli jakiś temat, zagadnienie, osoba go pasjonowały – potrafił być filozofem i psychologiem o wyjątkowej przenikliwości jednocześnie. Zdarzało mu się wypowiadać zdania wręcz prorocze.

Może i byłby opozycjonistą konstruktywnym, gdyby więcej ludzi mogło i chciało go słuchać; gdyby jemu samemu starczało woli, żeby postępować według tego, co wiedział.

A wiedział i umiał mnóstwo rzeczy. Anegdoty krążyły o tym, jak błyskawicznie potrafił się uporać z każdym matematycznym czy fizycznym zadaniem, jeśli ktoś go o to poprosił. Dobrze wykształcony technicznie, był zarazem wrażliwym humanistą, oczytanym erudytą. Uwielbiał muzykę poważną i wykazywał się takim jej znawstwem, o jakie niewielu go podejrzewało. Czasem zgłaszał się „na ochotnika” do opisania jakiegoś koncertu. I dotrzymywał słowa, potrafił w wyznaczonym dniu dostarczyć elaborat, którego nie powstydziliby się ongiś i w „Pegazie”. Wielu filmowym produkcjom „kablówki” użyczył swojego głosu o przyjemnym, spokojnym tembrze. Zdania konstruował tak, że miały swoją melodię.

Czuł sztukę – nawet tę najdziwniejszą.

Ostatnia nasza rozmowa – tak bardzo niedawno – była o Adamie Kozaczce. Sam chciał napisać o retrospektywie w „Jatkach”, oddając niedocenionemu artyście pośmiertny hołd. – Znaliśmy się przecież jak łyse konie… – mówił.

Fakt. Był przyjacielem wielu artystów, muzyków, twórców, odmieńców – także tych o trudnej psychice, pogmatwanych życiorysach. Pewnie rozumiał ich bardziej niż ci, którzy w niedzielę parkują przed kościołem „wypasione bryki”, oglądając się, czy sąsiad już zielenieje z zazdrości…

Czy wiedział, że jego czas się kończy? Mógł przeczuwać, że niedługo już pomieszka na tym „najlepszym ze światów”. Ale odszedł na sąd boski nagle, tak jak stał – bez rozczulania się nad sobą, bez proszenia o pomoc, bez zawracania głowy lekarzom. Bo miał swój honor.

Anka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *