NOWY TARG. Tym razem było naprawdę dla dzieci: bajkowo, kolorowo i fantastycznie. Bez „politycznych” aluzji, podtekstów i „śmichów-chichów”. Wymierny efekt Mikołajowego spotkania z bajką, które salę widowiskową MOK-u wypełniło do ostatnich krzeseł, to 113 paczek słodyczy wykupionych dla dzieci z uboższych rodzin. A efekt niewymierny – mnóstwo uciechy, jaką miała publiczność w Mikołaja.
Tego roku tradycyjna bajka z VIP-ami była spektaklem „O Szewczyku, strasznym Smoku, Czarownicach i Królewnie” (w adaptacji Dariusza Wiktorowicza). Reżyserował ją Juliusz Chrząstowski, któremu z Nowym Targiem rozstać się jednak trudno i na premierę swojego dzieła oczywiście przyjechał, o aranżację muzyczną zadbał Maciej Mikulski.
Bajka była jak się patrzy: z królewną porwaną przez smoka, wiernopoddańczym, lecz mało czujnym dworem, tchórzliwym rycerstwem i ot, tak od niechcenia bohaterskim szewczykiem. A przede wszystkim z czarownicami, które w cukierkowy światek zamku i ogrodu wniosły zamęt i trochę strachu.
Straszyć miał w zasadzie smok, ale okazał się tak urodziwy, że dorosłym i dzieciom aż się buzie otwarły z zachwytu. Bo nie wpadło na scenę średniowieczne monstrum z szarą słoniową skórą, ale przy dźwiękach japońskiej muzyki dosłownie wypłynął rasowy, wspaniały, powiewający białym pióropuszem smok-dziwo.
Patrząc na czarownice, niejeden reprezentant brzydszej połowy ludzkości wiele by dał, żeby choć jedna taka, w takich właśnie szatkach, harcowała mu z miotłą po domu… Temperamentne wiedźmy dla zachowania konwencji musiały zrobić coś złego, a więc, karząc królewnę za brak chęci do tańca z nimi, zaklęły ją i otumaniły. A smok dokończył dzieła porwaniem, bo królewna w dworskim zbytku mogłaby się przecież nudzić…
Od czegóż jednak są rycerze… Męże zbrojni, przy akompaniamencie okrzyków i pieśni, ruszyli na odsiecz królewskiej córce, z nadzieją na jej białą rączkę i serce. Starczyło jednak, by smok podniósł się w całej swojej okazałości, zaryczał, chuchnął dymem i… zbrojny huf w we wspaniałym rynsztunku z teatralnej rekwizytorni czmychnął w wrzaskiem – jeden rycerz po drugim.
Pewnie by królewna więdła w smoczej niewoli – nie tak strasznej, skoro japońskie dziwo chciało jej na pocieszenie nawet zbierać kwiatki, a potem usnęło dyskretnie, żeby jakiś śmiałek mógł wreszcie podejść bliżej i zawalczyć o jej rękę – gdyby nie szewczyk mało jeszcze świadom swojej odwagi. Bo ten – jako mistrz w swoim fachu i młodzian poruszony dolą uprowadzonej piękności w koronie na główce – podszedł czarownice fortelem, łechcąc ich próżność i obiecując botki ze smoczej skóry. Musiał więc zdobyć surowiec.
Smok miał być zdechły – okazał się żywy, nadto jeszcze ambitny, bo postanowił wziąć odwet na wiedźmach, które go miały za truchło. No i na własnym grzbiecie powiózł królewnę z szewczykiem do pałacu, gdzie zdążyły się zagnieździć czarownice rozkochane w zbytku.
Tylko ich gadający domek na kurzej stopce okazał się wolny od zgubnej próżności, bo – przeniesiony w pałacowe ogrody – wolał wrócić w ciemny las.
Były zaklęcia, czary, walki i chwile grozy, harce po scenie i widowni, ale że bajka musi się dobrze kończyć – wszystko wróciło na swoje miejsce. Król-burmistrz na tron z amarantowej skóry bizona, czarownice – do lasu. A szewczyk zgarnął całą pulę. Odwagą może nie grzeszył, lecz grunt to znać damską skłonność do przepychu. Resztę załatwią fortele.