Rozmowa z Wojciechem Łackiem, rzeźbiarzem z Poronina
Wojciech Łacek to rzeźbiarz, malarz, nauczyciel, który do wszystkich swoich zajęć podchodzi z sercem i z pasją. Z wyróżnieniem ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, a wcześniej odnosił sukcesy jako uczeń Liceum Plastycznego im. Antoniego Kenara w Zakopanem. Ma zaledwie 30 lat, a już zdobył uznanie wśród odbiorców sztuki. Jest przy tym człowiekiem skromnym, który nie lubi chwalić się swoimi osiągnięciami. Mieszka i tworzy w Poroninie.
Zdjęcia prac Wojciecha Łacka można zobaczyć na stronie: http://rzezba-malarstwo.pl
Rozmawiamy o początkach jego przygody ze sztuką, projektach artystycznych i kondycji rzeźbiarstwa.
R.R. – Ma Pan
czas na inne zainteresowania prócz tych, których efekty możemy podziwiać na wystawach sztuki?
W.Ł. – Moje zainteresowania skupione są wokół kultury naszego regionu. Od zawsze fascynował mnie folklor podhalański – szczególnie góralskie obrzędy, których część odeszła już w zapomnienie. Miłość do tradycji w dużym stopniu zawdzięczam zespołom regionalnym, z którymi występowałem. Początkowo byłem związany z grupą Regle z Poronina, a później, na studiach, z zespołem Skalni. Obcowanie z kulturą Podhala sprawia mi naprawdę ogromną radość.
R.R. – Jaki wpływ na pańską pasję miał wujek, który jest lutnikiem? To on odkrył w Panu talent?
W.Ł. – Na początku malowałem, co jest naturalne, gdyż zazwyczaj pierwszy kontakt ze sztuką łączy się z malarstwem czy rysunkiem. Od dziecka jednak podglądałem pracę wujka w stolarni. Często po zajęciach przychodziłem do niego i przyglądałem się, jak robi meble, tworzy ornamentykę. Bliski był mi zapach drewna, nie przeszkadzały mi mankamenty pracy w stolarni, takie jak kurz czy trociny. Wujek nie był w stosunku do mnie szczególnie wylewny, ale to on przygotował mi materiały, gdy chciałem spróbować moich sił w rzeźbieniu, udzielił cennych rad, zapewniał wsparcie. Podglądałem także pracę kolegów z liceum, którzy zajmowali się rzeźbą. Od zawsze intrygowało mnie to, w jaki sposób można odwzorować rzeczywistość w formie trójwymiarowej.
R.R. – Jak wspomina Pan czas spędzony w liceum plastycznym i późniejszy okres na studiach w Akademii Sztuk Pięknych? Czy szkoły artystyczne pomagają odnaleźć własny styl, czy uczą jedynie rzemiosła?
W.Ł. – W liceum plastycznym kontynuuje się zamysł patrona szkoły – Antoniego Kenara, który twierdził, że należy dawać uczniom wiele swobody, pomagać w rozwoju wyobraźni. Chciał także, by wszelkie inicjatywny wychodziły od wychowanków. W liceum stworzyli nam warunki do swobodnego działania, wymagali od nas, by prace były niepowtarzalne. Uczęszczałem do klasy o specjalności meblarstwo artystyczne. Nasz profesor, Marek Król-Józaga, zachęcał do wykonywania mebli dizajnerskich, nowoczesnych. Projektowaliśmy meble oryginalne w swojej formie, a zarazem funkcjonalne i ergonomiczne.
Na studiach było podobnie. Obierało się jeden z dwóch kierunków – związek ze ścieżką tradycyjną, która preferuje akademizm, czyli odwzorowanie rzeczywistości, albo opowiedzenie się po stronie konceptualizmu, który kładzie nacisk na pomysł. Ten drugi kierunek obliguje do wysiłku intelektualnego, dużej kreatywności oraz swobody działania. Pracownię, która zajmowała się tymi zagadnieniami, prowadził prof. Józef Murzyn. Wybór tej pracowni był dla mnie wyzwaniem. W ten sposób podniosłem sobie poprzeczkę. W pracowni profesor dbał o samodyscyplinę, konsekwencję w realizacji zamierzonego celu, idei. Wymagał od studenta ciągłego poszukiwania formy oraz ciekawej, niebanalnej treści. Każdy musi być otwarty na wszystko, co go otacza; na procesy, które zachodzą na świecie. Studia traktowałem jako laboratorium. Eksperymentowałem na różnych materiałach, poszukiwałem różnych rozwiązań. Tworzyłem prace, które wymagały dużego wysiłku, ale miałem później satysfakcję.
Wiele zawdzięczam profesorowi Józefowi Murzynowi, który dawał studentom sporo swobody, ale uczył także dyscypliny twórczej. Pokazał nam, że trzeba trzymać się kierunku, który się obrało, mimo że łatwo jest zboczyć na inne ścieżki i się pogubić. Uświadomił nam także, iż nie wystarczy tylko przedstawić ciekawy pomysł, ale także trzeba znaleźć odpowiednie materiały, środki wyrazu, które by tę idee ukazały w rzeczywistości. Trzymał nas w ryzach, ale też wiele dawał od siebie. Bardzo miło wspominam naszą współpracę.
R.R. – Pańska praca magisterska i rzeźba dyplomowa mają związek ze sferą sacrum. Dlaczego zdecydował się Pan na taki motyw?
W.Ł. – Źródło moich prac tkwi w kulturze Podhala; w góralach, którzy są bardzo religijni. Kultura podhalańska od zawsze przeplata się z sacrum. To, co jest od dawna związane z Podhalem, chciałem przenieść na pole sztuki współczesnej. Temat mojej pracy dyplomowej to: „Kapliczka-drogowskaz wertykalny”. Tworząc tę pracę zwróciłem uwagę na przydrożne kapliczki. Na Podhalu jest ich wiele, są znakiem ludzkiej wiary, łączności z Bogiem. Każdy, kto wystawia kapliczkę, mocno wierzy. Chce podziękować Bogu albo Go o coś poprosić, przedstawić swoje troski. Wszystkie kapliczki mają bardzo osobisty wydźwięk. Obecnie kapliczki zatraciły się w gąszczu wszechobecnych bilbordów. Trudno je dostrzec, nie są tak atrakcyjne jak świetlne reklamy. Postanowiłem stworzyć nowoczesną kapliczkę, która by była bliższa współczesnemu człowiekowi. Połączyłem tradycyjną, drewnianą kapliczkę z elementami charakterystycznymi dla przydrożnych bilbordów, do których wykorzystuje się takie materiały jak plastik, pleksi, świetlówki czy diody. Dzięki temu powstała nowoczesna kapliczka, na którą ludzie zwrócą uwagę; która będzie dla nich drogowskazem do nieba. Przede wszystkim moja kapliczka ma wywołać u odbiorcy uczucie metafizyczne.
W pracy pisemnej zwróciłem uwagę na fakt, że ludzie odwracają się od religijności w stronę materializmu. To właśnie bilbord jest nośnikiem informacji, które dotyczą rzeczy materialnych, przyziemnych. Natomiast tradycyjne kapliczki reprezentują sferę duchową, która obecnie została odsunięta na bok.
Moja kapliczka ma formę świecącego prostopadłościanu, jest pionowo ustawiona ku górze – jako drogowskaz wertykalny ma kierować myśli człowieka w stronę Boga.
Dużo wysiłku musiałem włożyć w to, by ta praca wydawała się nienamacalna, miała charakter metafizyczny. Musiałem uporać się z kilkoma problemami. Przede wszystkim zależało mi, by świecący prostopadłościan lewitował w przestrzeni, dlatego musiałem wykonać konstrukcję tak, by była jak najmniej widoczna, a zarazem wszystko utrzymała w całości. Kolejną trudnością było wmontowanie światła w taki sposób, by nie było widać kabli i świetlówek. Chciałem, aby odnosiło się wrażenie, że nie można wskazać źródła tego światła. Początkowo myślałem, że nie uda się tego zrealizować, ale dzięki konsultacjom z profesorem powstała „Kapliczka – drogowskaz wertykalny”.
R.R. – Który z elementów folkloru podhalańskiego szczególnie Pan ceni?
W.Ł. – Myślę, że autentyczność postaci górala ubranego w tradycyjny strój. Uwielbiam oglądać stare fotografie, które przedstawiają prostotę i urok zwykłych ludzi wykonujących codzienne czynności. Człowiek w stroju góralskim dodaje kolorytu przestrzeni, w której się znajduje. Często w wyobraźni wracam do czasów, gdy wszystko było takie naturalne i pierwotne.
R.R. – Obok dzieł inspirowanych kulturą ludową są w Pana dorobku rzeźby, które trudno jednoznacznie zinterpretować. Skąd pomysł na „Transfuzję kulturalną”? Jakie jest przesłanie tego projektu?
W.Ł. – Geneza tego dzieła ma związek z podróżami, które odbywaliśmy z zespołem regionalnym. Zwiedziłem wtedy różne miejsca w Europie, miałem szansę poznać wielu ludzi, którzy prezentowali podczas festiwali swoją kulturę. Zauważyłem wtedy, że osoby reprezentujące różne tradycje, bardzo dobrze się integrują. Na takich festiwalach dochodzi do transfuzji kulturalnej – ludzie wymieniają się swoimi poglądami, uczą się od siebie.
Moja rzeźba przedstawia trzy abstrakcyjne formy o bardzo symbolicznym znaczeniu. Obiekty te różnią się od siebie, ale łączy je jeden wspólny element. Każdy z nich ma taką samą metalową obręcz, która symbolizuje jądro, rdzeń. Kultura każdego kraju ma właśnie takie jądro, które wskazuje na jedno praźródło wszystkich kultur. Te trzy formy mają symbolizować trzy rasy ludzi – białą, czarną i żółtą. Dodatkowo rzeźby połączone są ze sobą swego rodzaju przewodem, który również ma znaczenie ideowe. Ma on symbolizować energię, jaka przepływa pomiędzy różnymi kulturami, gdy spotykają się ze sobą. W pracy chciałem zwrócić uwagę, że wszystkie kultury, jakie wytworzył człowiek, mają wspólne źródło – jest nim szacunek do Boga i człowieka. Gdy kultury spotykają się ze sobą, to następuje pozytywny przepływ energii. Nieważne, że dzielą nas od innych ludzi odległe kilometry. Istotą tych spotkań jest radość z przebywania z drugim człowiekiem i możliwość dzielenia się swoją odmiennością.
Przy tym projekcie mogłem liczyć na wsparcie profesora Murzyna, który pomógł mi w zmaterializowaniu mojego pomysłu.
R.R. – Wyrzeźbił Pan wiele portretów. Część przedstawia osoby z Pana rodziny, pozostałe np. artystów. Jak przygotowuje się takie prace?
W.Ł. – Portrety babci czy dziadka traktuję bardzo emocjonalnie. Rzeźbiąc twarze bliskich osób, czuję radość. Mam możliwość zagłębienia się w rysach oraz cechach charakterystycznych twarzy. Zanim powstał portret babci w drewnie, rysowałem ją, co umożliwiło mi dokładne zapoznanie się z jej wyglądem. Najlepiej przed wykonaniem rzeźby zrobić model gipsowy, ale tworząc portret babci, rzuciłem się na żywioł i od razu zacząłem rzeźbić w drewnie.
Pracując nad portretem Jana Kasprowicza, chciałem zagłębić się w epokę Młodej Polski. Odwiedziłem Muzeum Jana Kasprowicza, czytałem jego wiersze. Zastanawiałem się, w jakim wieku go przedstawić. Moją główną inspiracją podczas wykonywania tego projektu był obraz Leona Wyczółkowskiego, na którym Kasprowicz przedstawiony jest z rozwianymi włosami. To dzieło doskonale oddaje ducha epoki, w której żył i tworzył poeta.
R.R. – Co Pan sądzi o głosach, które sugerują, że rzeźbiarstwo to wymierająca sztuka?
W.Ł. – Zgadzam się z tym. Przygotowanie rzeźby wymaga wiele wysiłku fizycznego, posiadania odpowiednich materiałów i miejsca na pracownię. Rzeźbiarstwo jest bardzo pracochłonnym zajęciem. Zanim przystąpimy do pracy w gotowym materiale, musimy wykonać projekt, a następnie konstrukcję. Rzeźba cieszy się także mniejszym zainteresowaniem odbiorcy, ponieważ zajmuje ona pewną przestrzeń oraz wymaga odpowiedniego oświetlenia, które wyeksponuje jej piękno. Na prace rzeźbiarskie zwracają uwagę głównie koneserzy sztuki. Łatwiej dopasować do swojego wnętrza obraz, więc dla artystów korzystniejsze jest zajmowanie się malarstwem.
R.R. – Jak Pan ocenia rozwój kultury w Poroninie? Można tutaj liczyć na pomoc w promowaniu swojego talentu?
W.Ł. – Brano moją osobę pod uwagę przy tworzeniu rzeźb bł. Jana Pawła II i rodziny w strojach regionalnych. Projekt wykonał artysta z Ustrzyk Dolnych, Jacek Osadczuk. Miałem możliwość pomagać przy realizacji jednej z postaci i udzielać wskazówek związanych z tym, jak powinno wyglądać w detalach tradycyjne ubranie góralskie. Praca nad tą rzeźbą była dla mnie ogromnym zaszczytem i przygodą. W trakcie pracy otrzymałem wiele cennych wskazówek zawodowych. Dziękuję za zaufanie i wsparcie, jakim obdarzyli mnie mieszkańcy Poronina.
Miałem także szansę wystawić moje dzieła podczas XXXIX Poroniańskiego Lata. Wicewójt chętnie udostępnił mi w tym celu jedną z sal. Był bardzo przychylnie nastawiony do tego wernisażu.
R.R. – Nad czym Pan obecnie pracuje?
W.Ł. – W wakacje miałem szansę sprawdzić się w roli renowatora zabytków. Odnowiłem ołtarz w stylu neogotyckim, który znajduje się w Domu Sióstr od Aniołów. Wyszło mi to poprawnie, jestem zadowolony z efektu. Była to także nowa przygoda.
R.R. – Ma Pan na swoim koncie wiele sukcesów. Czego można Panu jeszcze życzyć?
W.Ł. – Mam nadzieję, że będę mógł realizować moje projekty i przekazywać w nich emocje. Będę szczęśliwy, jeśli moje rzeźby wzbudzą zainteresowanie.