Album „Ogień i woda” Agaty Siemaszko i Kuby „Bobasa” Wilka – pod patronatem naszej gazety internetowej PODHALE REGION.
MUZYKA. Agata Siemaszko w środowisku folkowym, mimo młodego wieku, zdążyła zdobyć duże uznanie. W ubiegłym roku wydała z Kubą Wilkiem debiutancki album „Ogień i woda”, na którym znalazły się tradycyjne utwory słowackie i cygańskie w autorskich aranżacjach muzyków. Wcześniej duet został wyróżniony Grand Prix oraz otrzymał Nagrodę Specjalną im. Czesława Niemena podczas XIV Edycji Konkursu Muzyki Folkowej Polskiego Radia.
Agata
Siemaszko
wystąpiła też w 2012 roku na Festiwalu Nowa Tradycja w Warszawie ze znaną grupą Mostar Sevdah Reunion. Z muzyką związana jest od najmłodszych lat; początkowo udzielała się w podhalańskich zespołach regionalnych. Śpiewała w Turlikach oraz w chórkach zespołu Trebunie-Tutki, a z czasem zapałała miłością do kultury słowackiej. Dzięki znajomości z Teresą Mirgą i współpracy z zespołem Kałe Bała poszerzyła swoje zainteresowania o kulturę cygańską. Wokalistka mieszka w Chochołowie, a występuje niemal w każdym zakątku świata. Opowiedziała nam o swoich korzeniach, debiutanckiej płycie i muzycznych planach.
– Twoje nazwisko brzmi wschodnio. Opowiedz o swoim pochodzeniu.
– Moje korzenie są śląsko-wołyńskie. Rodzina mamy pochodzi ze Śląska i z Zagłębia. Ja urodziłam się w Będzinie. Jeśli chodzi o rodzinę ojca, bo padło pytanie o nazwisko, to moje nazwisko pochodzi z Wołynia. Moja ciotka Ewa Siemaszko, najbliższa kuzynka ojca, poświęciła całe życie sprawie zbrodni Wołyniaków. Na pewno mam zatem po części ukraińskie korzenie. Rodzina taty pochodziła dokładnie z Werby. Pradziadek był pirotechnikiem, pracował na kolei – zajmował się robieniem tuneli w skałach. Później wyjechał do Brazylii, gdzie zajmował się tworzeniem tras kolejowych. Tam też urodził się mój dziadek. Po śmierci pradziadka prababcia z dziadkiem i jego rodzeństwem przeniosła się z powrotem do Polski i zamieszkali na Śląsku. Ojciec wychowywał się w Siemianowicach, gdzie poznał moją mamę.
– Skąd się wzięło u Ciebie zainteresowanie muzyką etniczną?
– Jako ośmioletnie dziecko, ze względu na pracę mamy, przeprowadziłam się na Podhale. Chodziłam do Szkoły Podstawowej Nr 2 na Skibówkach, gdzie miałam mieszane towarzystwo. Byli w klasie zarówno górale jak i „zakopiańczycy”. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać podziały między nimi. Wielu górali uważało się za lepszych tylko ze względu na swoje pochodzenie; tak zostali wychowani. Często mówiono mi, że ja nigdy nie będę prawdziwą góralką, tak jakby samo pochodzenie miało wartość. Jako dziecko potrzebowałam akceptacji, więc szybko zaczęłam się wdrażać w tę kulturę. Bez przeszkód opanowałam melodię góralskiego języka, nauczyłam się gwary. Najpierw występowałam w chórze „Turliki”, dzięki któremu zetknęłam się z muzyką słowacką. Usłyszałam ją w ich wykonaniu podczas warsztatów i od razu mnie zafascynowała. Uczyłam się grać na skrzypcach u Marka Łabunowicza, a także na basach u Krzysztofa Trebuni. Dziecięca potrzeba akceptacji zaowocowała ogromną pasją. W późniejszym czasie zaczęłam się interesować muzyką cygańską i muzyką węgierską.
– Dobrze znasz języki słowacki i czeski?
– Tak, zajmuję się tłumaczeniami z tych języków na język polski. Przez pół roku tłumaczyłam reklamy telemarketu dla telewizji z Koszyc. Pomagałam też tłumaczyć teksty z etnologii studentom, gdy przygotowywali prace zaliczeniowe – udało mi się przetłumaczyć np. bardzo obszerny tekst o praskim baroku. Przy okazji współpracy z Euroregionem tłumaczyłam korespondencje i teksty do folderów. Nie jestem co prawda tłumaczem z wykształcenia, ale sprawia mi to przyjemność. Oczywiście brakuje mi słownictwa fachowego, więc nie jestem w stanie przetłumaczyć tekstu z każdej dziedziny.
– Ukończyłaś podyplomowe studia etnomuzykologiczne. Czy w jakiś sposób wpłynęło to na Twoje podejście do muzyki?
– Te studia są genialne. Na Uniwersytecie Warszawskim trwają tylko rok, ale wiele wniosły do mojego życia. Najbardziej podoba mi się to, że są tworzone przez pasjonatów. Wykłada tam np. dr Tomasz Nowak, który prowadził badania etnomuzykologiczne na Podhalu, z kolei z Weroniką Grozdew-Kołacińską, która występowała m.in. w Village Kollektiv, mieliśmy warsztaty praktyczne ze śpiewu ludowego. Weronika jest w połowie Bułgarką, więc pokazała nam także tajniki muzyki bałkańskiej. Uczęszczałam również na zajęcia profesor Gruszczyńskiej, specjalistki od muzyki południowoamerykańskiej , która prowadziła szeroko zakrojone badania w Andach. Mieliśmy też zajęcia praktyczne z gamelanu jawajskiego – były naprawdę fascynujące. Na studiach poznałam wiele kultur, którymi się wcześniej nie interesowałam, odkryłam nowe instrumenty.
– Można powiedzieć, że te studia poszerzyły Twoje horyzonty.
– Dokładnie. Do pewnego momentu byłam bardzo zamknięta. Nie wstydzę się tego, bo był to jakiś etap w moim życiu. Teraz jestem otwarta na różne kultury, ale dalej w centrum moich zainteresowań jest kultura słowacka. Staram się też otwierać na inne kierunki, np. na jazz. Nic jednak nie przemawia do mnie tak, jak muzyka ludowa. Dzięki studiom poznałam też muzykę z Korsyki, muzykę gruzińską, którą się trochę inspirowaliśmy z Kubą. Szczerze polecam ten kierunek.
– Umiałabyś powiedzieć, która kultura jest najbliższa Twojemu sercu?
– Generalnie jest taka tendencja, żeby podkreślać swoją tożsamość, przynależność. Ja w pewnym momencie zaczęłam od tego uciekać; nie czuję się tak naprawdę nikim konkretnym. Dla mnie wszystkie podziały są sztuczne. Wychodzę z założenia, że najlepiej jest znajdować wspólne przestrzenie w kulturach. Na pewno najbliższa jest mi muzyka słowacka, która odzwierciedla moją wrażliwość. Nie czuję się jednak związana z żadną kulturą jakoś szczególnie blisko; mogę mówić jedynie o mojej fascynacji muzyką danego regionu.
– Współpracujesz z Wilkiem już od czterech lat. Jakie macie plany na przyszłość?
– Staramy się teraz przede wszystkim promować naszą płytę. Nie jest to jednak takie proste. Wygraliśmy do tej pory jeden festiwal, który jest dość alternatywny. Było to dla nas ogromne szczęście i wyróżnienie. Repertuar, który gramy z Kubą najlepiej sprawdza się w klubach, w kameralnej atmosferze. Gramy muzykę spokojną, która bardziej wycisza niż bawi, więc nie jest łatwo znaleźć miejsca dla naszych występów. Mamy w planach zagrać jak najwięcej koncertów, chcemy zgłosić naszą płytę do różnych konkursów i zobaczymy, czym to zaowocuje. Chcemy też przygotować nowy program, który będzie bardziej autorski. Na pewno stworzymy więcej polskich tekstów, ale nadal będziemy łączyć klimat ludowy z jazzem. Nie zamierzamy się jednak spieszyć. Mamy zamiar zebrać sensowny materiał i poczekać aż dojrzeje.
– Jesteście z „Bobasem” jak ogień i woda?
– Tytuł płyty powstał przy okazji ostatnich nagrań. Pamiętam, że byliśmy wtedy w studiu u Kuby z Teresą Mirgą i długo nie mogliśmy się zdecydować na tytuł. Tak naprawdę wymyśliła go Marysia, narzeczona Kuby a zarazem nasza menedżerka. Zauważyła, że w naszej muzyce łączymy energię ze spokojem, żywioł ze smutkiem. Ogień i woda nie odnosi się więc do nas, ale do naszej muzyki. Tak naprawdę to obydwoje jesteśmy ogniem.
– Czy muzyka, którą gracie w duecie z Kubą Wilkiem cieszy się zainteresowaniem na Podhalu?
– Trzeba o to spytać przede wszystkim ludzi. Mam wrażenie, że wśród moich kolegów i koleżanek z Podhala, środowiska związanego z muzyką, nasza twórczość cieszy się uznaniem. Docenił nas Jasiek Tutka, który powiedział, że bardzo mu się podoba nasza płyta. Miłe słowa usłyszeliśmy także od Krzysztofa Trebuni, który wcześniej, przed naszym występem na Nowej Tradycji, nie znał Kuby, a obecnie współpracują. Mam świadomość, że to co robimy, nie musi się każdemu podobać. Nasz „folklor” jest mocno przetworzony, a na Podhalu większość ludzi lubi folklor w czystym wydaniu; górale są przyzwyczajeni do interpretacji znanych utworów na kapele smyczkowe. Spotkaliśmy się też z bardzo dobrym odbiorem naszej muzyki na Słowacji. Wynika to zapewne z tego, że Słowacy rozumieją teksty piosenek śpiewanych przeze mnie, więc łatwiej do nich dotrzeć. Człowiek inaczej odbiera muzykę, kiedy może utożsamić się z tym, o czym się śpiewa. Planujemy więc teraz zrobić z Kubą materiał polskojęzyczny. Moje wcześniejsze utwory były bardzo osobiste, dlatego nie chciałam ich śpiewać. Teraz zamierzam tworzyć teksty bardziej uniwersalne.
– Trochę czasu upłynęło od wydania płyty. Wciąż jesteście zadowoleni z jej ostatecznego kształtu?
– Chyba jak każdy, kto słucha swojej płyty któryś raz, mamy poczucie, że można było zrobić coś lepiej. Ja tę płytę mimo wszystko bardzo lubię; jest niezwykle osobista, odzwierciedla moje emocje z okresu, kiedy powstawała. Oczywiście są pewne techniczne mankamenty; można by pogrzebać w masteringu, ja też niektóre rzeczy zaśpiewałabym inaczej. Ta płyta jednak z założenia miała być stworzona spontanicznie, więc większość kawałków jest nagrana na tzw. setkę. Gdybym mogła coś zmienić na tej płycie, to bym tego nie zrobiła. Jest ona znakiem czasu, bardzo burzliwego okresu w moim życiu. Wydaliśmy ją sami, nikt nie mówił nam, jaka powinna być; mieliśmy wpływ na każdy etap jej powstawania.
– Kto stworzył projekt okładki albumu „Ogień i woda”?
– Moja serdeczna koleżanka Dusia Wacławik, z którą znamy się od dziecka. Wykorzystała w projekcie okładki obrazki moje i Marysi, natomiast grafikę zrobiła sama; stworzyła też nasze logo. Dusia działa w Warszawie, ma swoje studio graficzne Dee.Project.
– Pewnie nie możecie się doczekać, kiedy ogłoszą listę zespołów nominowanych do Fryderyków.
– Nie nastawiam się w żaden sposób na to, że zostaniemy nominowani. Przeszliśmy przez pierwszy etap selekcji i to już jest dla nas duży sukces. Startujemy w kategorii jazz, chociaż nagraliśmy płytę folkową. Byłoby bardzo fajnie, gdyby doceniło nas takie profesjonalne jury, ale będzie, co ma być. Siła naszej płyty polega na tym, że jest ona różnorodna. Zaprosiliśmy do współpracy muzyków, którzy są świetni w tym, co robią. Paweł Kaczmarczyk akompaniował nam na pianinie, Mateusz Smoczyński zagrał na skrzypcach, Maciej Rybka na akordeonie; swoim głosem wsparła nas natomiast Teresa Mirga. To, że tacy artyści zaszczycili nas swoją obecnością to dla nas największa nagroda.
– Współpracujesz też z Marcinem Ścibikiem, który kojarzy mi się z muzyką metalową.
– Mieszkaliśmy z Marcinem na piętrze w akademiku. Ukończył szkołę gry na wiolonczeli, był gitarzystą metalowym, a w którymś momencie zaczął tworzyć na komputerze muzykę elektroniczną i poszedł w kierunku D’n’B. Marcin wiedząc, czym ja się zajmuję, chciał połączyć etniczne wokale z muzyką elektroniczną. Nasz wspólny projekt jest wciąż rozgrzebany, ale może uda nam się go kiedyś dokończyć.
– Czy jest jeszcze jakiś artysta, z którym chciałabyś coś wspólnie nagrać?
– Na pewno chciałabym coś stworzyć z Amirą Medunjanin, bośniacką pieśniarką. Mogłabym jej pośpiewać nawet drugi głos. Ona przepięknie śpiewa; tradycyjne pieśni z Bałkanów aranżuje na jazzowo, jest po prostu niezwykle utalentowana. Podziwiam też skrzypka ze Słowacji Štefana Molotę, z którym chętnie nawiązałabym współpracę. Bardzo chciałabym też nagrać chociaż po jednej piosence z muzykami, którzy tworzą w moich ulubionych regionach; z Cyganami z Bałkanów pieśni bałkańskie, z orkiestrą lautaryjską z Rumunii pieśni przedwojenne z Bukaresztu, a z L’Arpeggiatą plebejskie pieśni barokowe z południowych Włoch. Cieszę się, że mogłam zaśpiewać z zespołem Mostar Sevdah Reunion. Dla mnie było to ważne szczególnie ze względu na osobę Šabana Bajramovića, którego od lat podziwiałam i szanowałam. Ten pieśniarz nagrał z zespołem Mostar Sevdah Reunion dwie piękne akustyczne płyty, a ja z nimi zaśpiewałam właśnie jego utwory.
– Co oznacza nazwa zespołu Mostar Sevdah Reunion?
– Mostar to miasto w Bośni, z którego pochodzi większość muzyków tego zespołu. Sevdah, sevdalinka to gatunek muzyczny, który jest tam śpiewany; sama nazwa sevdah oznacza nieszczęśliwą miłość, melancholię spowodowaną zawodem miłosnym bądź tęsknotę za ukochaną osobą. Reunion oznacza spotkanie, prawdopodobnie chodziło im o spotkanie tradycji z nowoczesnością. Ten zespół jest też spotkaniem różnych kultur – grają w nim muzułmanie, katolicy, amisze.
– W spektaklu „Lalki” wykorzystano utwory, które śpiewasz. Jeden powstał przy współpracy ze Ścibikiem, drugi stworzyłaś razem z Kubą. To duże wyróżnienie.
– Tak, to też było dla nas ogromne wyróżnienie. Przyjaźnię się z Szymonem Budzykiem, reżyserem, i jego żoną, która grała w spektaklu jednego z demonów. Szymon wiedział, czym się zajmujemy z Kubą, znał nasz repertuar i dlatego zaproponował nam współpracę. Spektakl został już zdjęty z zakopiańskich afiszy, ponieważ obydwoje z żoną przenieśli się teraz do Krakowa, założyli tam swój teatr alternatywny, który nazywa się Czysta Reforma. To są zresztą ludzie, którzy jako jedni z pierwszych otworzyli mnie na występy, na scenę. Ja długo nie chciałam występować, to między innymi oni popchnęli mnie w tym kierunku.
– O czym jest piosenka „Usti usti baba”, która została wykorzystana w spektaklu? Oddaje ducha przedstawienia?
– To utwór ludowy. Szymon kładł duży nacisk na to, by utwór korespondował z przedstawieniem. To jest pieśń weselna z Bałkanów. Śpiewa się ją na cygańskich weselach, kiedy wyrusza się po pannę młodą. Łączy się ona z całym obrzędem, podczas którego ojciec panny młodej przegania pana młodego, nie chce oddać córki. Utwór wykonuje siostra panny młodej. Szymon znalazł w tej pieśni drugie dno i połączył z osobą głównej bohaterki. Jej nikt nie chroni, jest sama.
– Gdzie w najbliższym czasie będzie można Cię usłyszeć?
– Zapraszam do śledzenia naszego profilu na facebooku. Tam na bieżąco aktualizujemy informacje o koncertach.
Dziękuję za rozmowę.