Ludzie podhalańskiej piłki. Głowa nie od parady

img 6163

Mając 17 lat dostał powołanie na konsultację kadry młodzieżowej Michała Globisza. Wtedy wydawało się, że dla chłopaka z malutkiej podhalańskiej wsi, otworzyły się drzwi do wielkiego świata. Rzeczywistość piłkarska, gdzie żeby zaistnieć trzeba mocno „rozpychać się łokciami”, jednak zweryfikowała jego marzenia. Dziś wrócił do korzeni i dobrze się z tym czuje. O kim mowa? O Sebastianie Gąsiorku, wciąż czynnym zawodniku, o którym mówi się, że wsadzi głowę tam, gdzie inny nie wsadziłby nogi.

Urodził się w 1987 roku w Nowym Targu, ale jego rodzinną miejscowością jest Dębno. W tamtejszym LZS Bór stawiał swoje pierwsze kroki w piłce. Ważną rolę na początku jego przygody z piłką odegrała mama Krystyna, która zresztą do dzisiaj udziela się w miejscowym klubie, gdzie pełni rolę prezesa.

– Od zawsze miałem aprobatę mamy przy uprawianiu sportu. Przymykała „oko” kiedy wymykałem się z gospodarstwa na boisko. Wiedziała jak to jest dla mnie ważne. Do dzisiaj jest moim oparciem i motywatorem.

Jednym z jego najzagorzalszych fanów był też dziadek Jan, który póki żył, jeździł za Sebastianem po całym Podhalu, a starszym kibicom jest znany z tego, że na trybunach umilał czas grając na … organkach.

Błyskawicznie stał się wyróżniającą postacią w swoim macierzystym klubie. Grę w juniorach dzielił z występami w drużynie seniorów.  W jednym ze spotkań jego kolega z zespołu …. pobił sędziego. Mecz przerwano, konsekwencją tego boisko w Dębnie zostało zamknięte. LZS Bór na kilka kolejnych lat zwiesił swoją działalność.

Bór Dębno 2001
Sebastian wraz z kilkoma kolegami zakotwiczył w Przełęczy Łopuszna najpierw u trenera Andrzeja Dobrzyńskiego, a później Mirosława Bajerskiego. 

– Fajny czas. Mieliśmy mocną drużynę juniorów. Graliśmy w najwyższej lidze na Podhalu w tej kategorii i byliśmy w niej jedną z najlepszych drużyn.

Zimą 2004 roku, w połowie liceum, mając 17 lat wyjechał z Podhala do Krakowa.

– Do Dębna w okresie ferii i wakacji przyjeżdżał profesor Filipowicz. To przyjaciel rodziny. Miał kontakty w Wiśle. Załatwił nam – mnie i Krzyśkowi Potoczkowi – testy. Pojechaliśmy. Zaliczyliśmy 3 albo 4 treningi z rezerwami i grupami młodzieżowymi. Wystąpiliśmy też w test meczu. Z Wisły nie wyszło nic, ale ja wpadłem w oko trenerowi Dariuszowi Wójtowiczowi, który prowadził wówczas trzecioligową drużynę Kmity Zabierzów. 

Z Kmitą Sebastian w wieku 17 lat podpisał kilkuletni kontrakt. Został jednocześnie uczniem krakowskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego.  Wtedy klub z Zabierzowa rósł w siłę. Konkurencja o miejsce w składzie była bardzo duża, a że Sebastian miał być inwestycją w przyszłość, to został wypożyczony na pół roku do Dalinu Myślenice, który wtedy grał w 4 lidze zachodniej, a szkoleniowcem był Piotr Kocąb.
Reprezentacja U 18

Od początku wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie. Dzień przed 18 urodzinami zadebiutował na boiskach 4 ligi. 

– To było spore wyzwanie. Graliśmy wówczas na trzech obrońców. Trener Kocąb wyznaczył mnie, głównie z racji najlepszych warunków fizycznych, na tą centralną postać w defensywie. To był duży kredyt zaufania z jego strony, ale wydaje mi się że go spłaciłem.

Udane występy w rozgrywkach ligowych sprawiły, że Sebastian znalazł się w kręgu zainteresowań reprezentacji Polski do lat 18, prowadzonej przez Michała Globisza. Skończyło się na trzech konsultacjach i kilkuminutowym występie w meczu towarzyskim przeciwko reprezentacji Austrii. 

Kolejny sezon także rozpoczął w klubie z Myślenic. Zimą musiał jednak wrócić do Kmity.

– Przepisy wówczas stanowiły że do jednego klubu można było być wypożyczonym maksymalnie dwa razy, a że Kmita nie chciał oddać mnie definitywnie, musiałem odejść z Dalinu.

W klubie z Zabierzowa znów nie wywalczył sobie miejsca i poszedł na kolejne wypożyczenie. Trafił także do czwartoligowca, ale tym razem z grupy wschodniej – Lubania Maniowy.

– Było mi to na rękę, bo jak wiadomo Maniowy leżą w sąsiedztwie Dębna, więc można powiedzieć, że wróciłem do domu, za którym jednak mocno tęskniłem.

Minęło kilka miesięcy i znów Sebastian zmienił otoczenie.

– Chciałem zrobić krok do przodu i grać w trzecioligowym wówczas Górniku Wieliczka, ale działacze Kmity za wszelką cenę chcieli mnie wypożyczyć do Stali Rzeszów. Ja tam nie chciałem iść. Zrodził się mały konflikt. Wtedy pojawiła się trzecia opcja. Zgłosił się po mnie LKS Bruk-Bet Nieciecza, klub z ligi okręgowej, który trafił wtedy w ręce małżeństwa Witkowskich, a dyrektorem w tym klubie był dobrze znany mi trener Wójtowicz.

LKS Bruk Bet Nieciecza 1

W Niecieczy Sebastian spotkał się z trenerem Marcinem Jałochą. 

– Nie byłem jego ulubieńcem. Zawsze ode mnie dużo wymagał. Często miał mnóstwo pretensji, choćby do mojej wtedy długiej grzywki, którą wraz z resztą włosów, dla złagodzenia relacji postanowiłem ściąć. Grałem regularnie w podstawowym składzie. Jak na ten poziom mieliśmy bardzo mocną drużynę. W „cuglach” wywalczyliśmy awans do 4 ligi. Z tego co pamiętam to chyba przegraliśmy tyko jedno spotkanie w całym sezonie. Atmosfera była bardzo dobra, grało tam wielu doświadczonych zawodników, jak choćby Tomasz Klich, który jest wujkiem występującego w reprezentacji Mateusza. Wtedy nie było tego co teraz jest w Niecieczy. To był taki wiejski klubik. Graliśmy na boisku przy fabryce. Kibiców chodziło na nasze mecze bardzo niewiele, jednak plany klubu sięgały już mocno w górę.

Państwo Witkowscy chcieli by Sebastian został w klubie z Niecieczy na kolejny sezon. Znów jednak problemy zaczęli stwarzać działacze Kmity, a i on sam też już powoli dosyć miał tułaczki. Zapragnął powrotu na Podhale.

– Czułem się już jak zakładnik. Rzucano mną z klubu do klubu. Miałem dosyć tej sytuacji. Chciałem wreszcie stabilizacji. Skończyłem Liceum i trzeba było podjąć jakieś konkretne decyzje. Marzenia o byciu profesjonalnym piłkarzem już powoli zanikały. Stęskniłem się za domem. Na miejscu był Lubań, wtedy wizytówka całego Podhala. Zacząłem naciskać na transfer do tego klubu. W końcu Kmita się zgodził. I tak spędziłem tam 6 kolejnych lat.

Luban Szreniawa 22.04.2012

Z Lubaniem Gąsiorek wywalczył historyczny awans do 3 ligi. 

– To był kolektyw. W drużynie byli sami swoi. Atmosfera była wyborna. Ona napędzała tą drużynę. To przekładało się na wynik i w końcowych rozrachunku awans, na który czekała cała podhalańska piłka. Wtedy czuliśmy że reprezentujemy nie tylko Maniowy, ale całe Podhale.

Po dwóch latach klub z Maniów został jednak zdegradowany do 4 ligi, a Sebastian – jeszcze w trakcie sezonu – zaczął myśleć o wyjeździe zagranicę. Chciał granie w piłkę dzielić z pracą. Obrał kierunek Holandia.

– Wszedłem na Internet i zacząłem rozsyłać CV po klubach z niższych lig. Odezwał się klub z okolic miasta Maastricht. Pojechałem tam. Spędziłem tydzień. Byli zainteresowani moją osobą, ale w ostatniej chwili zrezygnowałem i wróciłem do Polski.

Po spadku z Lubaniem Sebastian odszedł z Maniów i trafił do Podhala Nowy Targ.  Nowotarżanie wówczas występowali w lidze okręgowej, ale w ciągu kolejnych dwóch sezonów pokonali dwa kolejne szczeble i znaleźli się w 3 lidze.  W trzecim sezonie gry w klubie z Nowego Targu pozycja Sebastiana osłabła.

IMG 3401

– Zaczęły się jakieś dziwne transfery. Zaczęto sięgać po zawodników z różnych zakątków Polski. Swoi odsunięci zostali na dalszy plan. W pewnym momencie w składzie było 5 graczy na moją pozycję. Nie miałem już ochoty przepychać się. Po prostu chciałem grać. Pojawiła się opcja gry w Watrze Białce Tatrzańskiej i z niej skorzystałem.

W Białce Tatrzańskiej Sebastian grał przez 2,5 sezony. Zimą 2019 roku podczas jednego z meczów sparingowych zerwał ścięgno Achillesa. Najpierw operacja, potem rehabilitacja wyłączyły go z aktywności fizycznej na pół roku.

Wrócił, ale już nie do Białki tylko do klubu w którym się wychował. Został grającym trenerem Boru Dębno, który występuje w B klasie. Wziął się też za wychowanie najmłodszych adeptów futbolu. Jest mu z tym dobrze.

– Fizycznie myślę, że spokojnie dałbym jeszcze radę na poziomie 4 ligi. Tyle, że nie mam już tyle czasu aby wszystkie zajęcia pogodzić ze sobą. Chcę się rozwijać w innym kierunku. Zawsze chciałem realizować swój własny plan i tutaj w Dębnie mogę to robić.

Zapytany o swoje największe atuty jako zawodnik, bezsprzecznie potwierdza że jest nią gra głową, którą zdobył zdecydowaną większość goli w swojej przygodzie z piłką. Raz nawet w ten sposób udało mu się ustrzelić hat-tricka.

IMG 7230

– To było w lidze okręgowej jako zawodnik Podhala. Pamiętam że była taka sytuacja, że mając już dwa gole na koncie i pewne prowadzenie mieliśmy rzut karny. Koledzy namawiali mnie żebym ja wykonał „jedenastkę” właśnie po to by skompletować hat-ticka. Odmówiłem, bo do karnych byli wyznaczeni inni zawodnicy. Jednak parę minut później udało mi się trafić po raz trzeci do bramki przeciwnika.

Ma smykałkę do zdobywania goli, mimo że jego optymalną pozycją jest środek obrony.

– Miałem szczęście do debiutanckich goli. Akurat w każdym z klubów z Podhala w którym grałem, zawsze w pierwszym meczu wpisywałem się na listę strzelców. Najmocniej w pamięci mam debiutancką bramkę w Lubaniu w meczu z rezerwami Wisły. To była 90 minuta. Wyrównałem na 2:2. Parę chwil później na 3:2 gola zdobył Sylwek Kurnyta i wygraliśmy wydawało się przegrane spotkanie.

Sebastian jest zagorzałym fanem włoskiej Fiorentiny, a za piłkarski wzór stawia sobie byłą argentyńską Gwiazdę „Fiołków” Gabriela Batistutę

Dwa lata temu spełniło się jedno z jego marzeń. Obejrzał na żywo mecz Fiorentiny z Juventusem.

We Florencji podjął też jedną z najważniejszych swoich życiowych decyzji. Poprosił o rękę swoją dziewczynę Kingę. Ta powiedziała „tak” i jeszcze w tym roku staną na ślubnym kobiercu.

Maciej Zubek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *