NOWY TARG. Do miasta startu przyjechali w sobotę dwaj z trójki bohaterów niebywałego przedsięwzięcia, czyli „Karpackiego Wyzwania”. Przypomnijmy: Krzysztof Mroszczak z Nowego Targu, Wojciech Stolarczyk z Bańskiej Niżnej i Szymon Pietrowski z Aleksandrowa Łódzkiego 7 lipca starowali z nowotarskiego rynku. W 56 dni, czyli najszybciej w historii udało się im pokonać prawie 2.200 kilometrów łuku Karpat, marszobiegiem po górskich szlakach.
Postanowili
jeszcze
zamknąć
karpacki łuk,
spływając z
nurtem
Dunaju
920 kilometrów
kajakiem, do miejsca startu III etapu.

4 września,
po wbiegnięciu
na Rysy,
stawili
się na
mecie w
Zakopanem.
Ich trasa
wiodła
przez osiem
państw:
Polskę,
Słowację,
Czechy,
Węgry,
Chorwację,
Serbię,
Rumunię,
Ukrainę.
Swoją
trasę
podzielili
na trzy
etapy.
I etap – prowadził z
Nowego
Targu
do Bratysławy,
górami
II etap – z Bratysławy do
Orsovej w
Rumunii
i przepłynęli
go
Dunajem
III etap – z Orsovej
do Zakopanego
znowuż
przebiegli
górami,
kończąc trasę
na
Rysach.
Szczupłe sylwetki trzech
młodych
ludzi
nawet
nie dają
wyobrażenia,
jaki treningowy
wysiłek
musieli
wcześniej
podjąć, żeby
móc
zmierzyć
się z „Karpackim
Wyzwaniem”.
Wiedzieli, że kilka miesięcy wytrzymałościowych przygotowań nie wystarczy, by mu sprostać.
Wszyscy są sportowcami, lekkoatletami, maratończykami, triathlonowcami. Krzysztof to także narciarz, wspinacz, goprowiec, a Szymon – akrobata. Z górami przyszły zawód na pewno zwiąże Krzysztofa, który studiuje geologię na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. Wojciech, bańszczanin, na studia medyczne wybrał się do Łodzi. Trzeci ekstremista – Szymon ukończył Szkołę Filmową, jest montażystą i nie rozstaje się z ręczną kamerą. On właśnie dokumentował wszystkie momenty sportowego wyczynu.
Krzysztof i Wojciech znali się „od szkoły”. Z łodzianinem spotkali się i zaprzyjaźnili na maratonach.
Celem wyprawy było nie tylko ustanowienie rekordu. Nasi wyczynowcy chcieli sprawdzić wytrzymałość i reakcje organizmów przy ekstremalnych wysiłkach. Służyło temu m.in. sporządzanie co kilka dni zapisu EKG (pod okiem Wojciecha, jako studenta medycyny). Ale miała też dzielna trójka cel ekologiczno-dydaktyczny: zainteresowanie mediów walorami mijanych regionów, zwrócenie uwagi na problemy przyrody Karpat. Nie uszło ich uwadze, że najbardziej chyba cierpi ona w obszarze Ukrainy – tam właśnie zobaczyli składowisko śmieci tuż przy parku narodowym…
Ich przedsięwzięcie – prócz bardzo długiego przygotowania kondycyjnego – wymagało też bardzo przemyślanej logistyki. Support wyczynowców dostarczał im w określone miejsca kajaki, (a potem je odbierał), kolejne partie żywności i ubrań.
Jeśli na pewnych odcinkach mieli to transportowe wsparcie, mogli sobie pozwolić na marszobieg tylko z kurtką przeciwdeszczową, dzienną racją jedzenia i picia w plecaku. A jeśli górskie szlaki musieli pokonywać bez wsparcia – waga plecaka powiększała się do 7 kilo.
Codzienność w trasie to jednak obdarte „do kości” stopy, przekłuwane co wieczór bąble i wyciągane kleszcze, skóra spalona słońcem, multum swędzących, puchnących ukąszeń komarów, zupki w proszku i szczupłe racje wody (ok. półtora litra na dzień), niebezpieczeństwo ciężkiego pogryzienia przez psy pasterskie. Tak było codziennie, przez 10 godzin. Potem – czas na zawsze za krótki odpoczynek. Nie zawsze sprawdzająca się nawigacja zmusiła ich jednego dnia do pokonania aż 70 km zamiast 45.
Nurt Dunaju w niektórych miejsach, np. w Bratysławie, okazał sie silniejszy i bardziej wartki niż sobie wyobrażali. Musieli się zmagać z metrowymi falami, potem z ruchem jednostek pływających, przed którymi na kajakach pozostawało jedynie umykać w pośpiechu. Nie uniknęli poparzeń słonecznych ani rozstroju żołądka. Stopy musieli smarować oliwą, by zmniejszyć macerację naskórka od wilgoci.
Prawie cały czas biegli i płynęli w palącym słońcu. Średnia temperatura sięgała 39 stopni. Na 57 dni wyprawy tylko 10 było bez słońca. Po drodze czasem siekł i deszcz i bił grad tak silny, że dziurawił peleryny.
Ale w rejonie słowackiej granicy udało się im np. spotkać ultramaratończyka, który pokonuje dystanse liczące 5 tys. km.
Każdy z nich – jak wyznali – miał trudne momenty, w których dręcząca stawała się myśl o odwrocie, jednak kiedy majaczył już na horyzoncie masyw Bieszczad, inny duch wstąpił w ekstremistów.
Niezwykle miłą niespodzianką – bo sądzili, że przemkną się po cichu – było huczne powitanie na mecie w Zakopanem.
Dwie sobotnie prelekcje z ich udziałem odbyły się w Miejskim Ośrodku Kultury i w siedzibie GOPR-u.
Teraz czeka ich jeszcze zrealizowanie filmu o tej wyprawie, a potem – myślą o maratonie, który zachęci do biegania mieszkańców Nowotarszczyzny.
Fot. z archiwum uczestników wyprawy