PODHALE. Muzyka zagrała tak siarczyście, że – zdawało się – on sam zaraz lekkim krokiem wyskoczy na scenę, zatupie przed prymistą aż kurz pójdzie z dyli, zaujka radośnie, dając hasło do uciechy. Tymczasem Jędrka Stocha musieli zastąpić inni – jego wychowankowie, kamraci, znajomi. I okazało się, że jest ich cała chmara… Pierwsza rocznica tragicznej śmierci najbardziej żywiołowego wśród regionalistów była zarazem pięćdziesiątą rocznicą jego urodzin. Jaki hołd zgotowała mu cała góralszczyzna – trudno opisać…
W murach nowotarskiego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa modlitwa za Jędrkową duszę niosła się w górę razem z góralski nutami skrzypiec, basów i śpiewem. „Trudne Twoje zawierzynie, mój Panie!.. – rozlegało się z gardeł wciąż jeszcze ściśniętych żalem i wspominkami. Padły mądre słowa o naszym „haw” i niebieskim „hań”, do którego zdążamy.
Cała gromada przybyłych, by Jędrkowi dziękować za jego pełną rozmiłowania krzątaninę wokół góralszczyzny przeniosła się do MOK-u i tam dopiero zagrał mu, zaśpiewał cały góralski żywioł, rozsnuły się anegdoty, wspominki, facecje, zabrzmiały fragmenty Tetmajerowskiej prozy i wiersze, które Jędrkowi, dla Jędrka, o Jędrku stworzyli druhowie jego. Aż dziw, ilu ich sobie pozyskał w za krótkim życiu…
Przez scenę przewinęło się – a to niebywałe – kilkuset górali, od najstarszych, z „Regli”, po najmłodszych z „Majeranków”. Na portrecie jego wzrok już się kierował ku temu dalekiemu „hań”. Ale wszyscy mieli świadomość, że Jędrek nie chciałby smutku…
Był dla nich kimś życzliwym, serdecznym, pomocnym, uśmiechniętym, zarażającym swoją pasją. Działał jak drożdżowy zaczyn dla poczynań z góralszczyzną związanych.
Wkrótce – szerzej o tym wydarzeniu.
Fot. Anna Szopińska