Jarmark się marzy ogromny… Przestrzeń, gwiazdy i… kasa (z galerią)

jarogrNOWY TARG. Wyjątkowo szerokie grono zostało zaproszone dyskusji nad kształtem XV Jarmarku Podhalańskiego. Jubileuszowa edycja sztandarowej nowotarskiej imprezy jest bowiem dużym wyzwaniem – i dla organizatorów, i dla miasta. Debata nad Jarmarkiem, połączona z recenzowaniem ubiegłorocznego Jarmarku, odbyła się na posiedzeniu komisji oświaty i kultury Rady Miasta.

Uczestniczyły w tym reprezentacje Miejskiego Ośrodka Kultury (od 9 lat głównego organizatora), Powiatowego Centrum Kultury, Muzeum Podhalańskiego, Państwowej Szkoły Muzycznej, Euroregionu „Tatry”, Galerii BWA „Jatki”, Aeroklubu Nowy Targ, KsiążKawiarni „Rezerwat”, Towarzystwa Kultury Aktywnej „Ferment”.

Ekipa MOK-u przyszła na to spotkanie wyposażona w wizualizację kosztów XIV Jarmarku i plan przestrzenny tegorocznej edycji, pokazujący rozłożenie poszczególnych stref, czyli: rzemiosł i rękodzieła artystycznego, skansenowej, rodzinnej, handlowej, gastronomicznej, muzycznej, sportowej i parku rozrywki. Rozplanowanie XV jarmarku wiąże się z pomysłem przeniesienia skansenu, twórców ludowych i folkloru na Plac Słowackiego.

Padła data imprezy: 21 – 23 sierpnia.

Ta nieszczęsna konferansjerka…

Przewodniczący komisji, radny Leszek Pustówka, wyszedł jednak od druzgocącej krytyki ubiegłorocznej edycji:

– Taka impreza jak w ubiegłym roku jest niedopuszczalna. Żebyśmy nie wpadli w samouwielbienie – zaprosiłem różne środowiska. Ale nie jesteśmy tu po to, żeby się kłócić. Jest nowy burmistrz, powinna być nowa jakość.

Taka ocena poniosła jednak ciśnienie ekipie MOK-u, która w szczupłym składzie, z pomocą zaledwie kilku wolontariuszy, organizuje trzy jarmarkowe dni w centrum miasta.

– Chciałam się nie zgodzić z tak jednoznacznie negatywną oceną, bo ubiegłoroczny Jarmark miał wiele jasnych punktów i ciekawych momentów – broniła honoru organizatorów szefowa MOK-u. – Może nie wszystkie pomysły są trafione, ale impreza jest śledzona przez innych organizatorów imprez na terenie Małopolski i nasze pomysły są przeszczepiane na inne grunty. Jesteśmy proszeni o dzielenie się doświadczeniami.

– Prowadzenie imprezy było skandaliczne – precyzował Leszek Pustówka, przypominając wulgaryzmy i niewybredne dowcipy dzierżących mikrofon. – To przekreśliło całość.

Sprawę inkryminowanej (i krytykowanej już na sesji Rady po XIV Jarmarku) konferansjerki wyjaśniał, bijąc się też we własne piersi, Jan Poręba:

– Tych prowadzących nie wzięliśmy z ulicy. Piotr Jezutek jest wicedyrektorem ośrodka kultury w Zawoi, prowadzi programy kulinarne w telewizji śląskiej. Anna Pituła wielokrotnie występowała w telewizji, również w programie „Mam talent”, prowadzi imprezy od Szczecina po Tatry. Zawarliśmy umowę, więc nie było łatwo zmienić konferansjerów. Zwracaliśmy też w trakcie uwagę prowadzącym, żeby spuścili z tonu, ale skutkowało tylko na chwilę. Na tegorocznym jarmarku Anny Pituły nie będzie, ale też nie uważam, żeby zepsuła cały ubiegłoroczny…

Sięgnijmy do dziedzictwa

– Zszokowany jestem tą dyskusja, jej preludium… – zareagował na te reminiscencje Antoni Nowak, dyrektor Biura Euroregionu „Tatry”, zwracając się ku istocie imprezy:

– Czymże jest jarmark, jeśli nie targiem? A u nas jest to ludyczno-rekreacyjna impreza, która mogłaby się odbyć w każdym innym miejscu. Nowy Targ zarzeka się, że nie jest miastem turystycznym – bo nie korzysta ze swojego dziedzictwa. Nie wykorzystano dziedzictwa fabryki ani rzemiosła. Primator słowackiego Kieżmarku powiedział mi kiedyś: „My mamy koncepcję ożywienia, reaktywowania tego, co socjalizm zniszczył”. I zaleciłbym teraz zobaczyć, czym są Tragi rzemiosł w Kieżmarku. Jeśli w Nowym Targu nie wróci taka formuła, to Jarmark będzie jeszcze jedną imprezą w „mieście przy przystanku”. Pięć jarmarków było wielkich, udanych. Stoiska ciągnęły się od rynku do targu na Berekach. I było to połączone z zakopiańskim Festiwalem. Niech ludzie handlują – kiczem, butami, mazidłem, czymkolwiek… Jarmark to jest święto miasta, największa impreza w roku. A robienie sztucznego skansenu, kącika z eksponatami w mieście, które jest żywym skansenem budownictwa, to nieporozumienie.

– U nas nie ma takich rzemieślników jak na Słowacji – zwracał jednak uwagę Gabriel Wolski. – Może uzbierałoby się 10 – 15 rękodzielników, a reszta ma firmy, przywozi wtórne rzeczy, jeździ po różnych jarmarkach. I ilu nowotarżan przyjdzie oglądać produkty?

Problem z twórcami

– Jeżeli na straganach będzie „szwarc mydło i powidło”, czyli to samo, co dwa razy w tygodniu na targowicy, to nikt na taki Jarmark nie przyjdzie… – dopowiadała szefowa „Jatek”, Ania Dziubas.

Problem z twórcami ludowymi wyjaśniała też Barbara Pachniowska:

– Przewertowałam sporo materiałów dotyczących Jarmarków, również z lat osiemdziesiątych. Wtedy w sklepach nie było niczego, a spółdzielnie chomikowały swoje produkty na Jarmark. Nie było też imprez konkurencyjnych. Próbowaliśmy wyłowić perełki wśród naszych twórców – nie ma nikogo prócz Janiny Maślankowej i Piotra Pawlikowskiego z kożuszkami. Owszem, powstał szlak rzemiosła w Małopolsce, ale ci rzemieślnicy życzyli sobie 600 zł dziennie za pokazy plus wyżywienie i nocleg, a to finansowo nie do udźwignięcia. Możemy zapewnić 20 – 30 twórców, ale nie za te pieniądze… Zresztą oni mają swoje pracownie, warsztaty i oczekują, żeby przyjechać do nich. Było na Jarmarku pięć stoisk z warsztatami – zawsze obleganych – i koszty tych pokazów ponosili organizatorzy.

Podejmowane przez MOK próby ściągnięcia na Jarmark rzemieślników z targowicy – przy oferowaniu im miejsca na stoiska za darmo – nie przyniosły żadnego efektu. Woleli pozostać na targowicy, bo tam mają klientów. Poza tym trudno im zaoferować miejsce na składowanie towarów, bo magazynem na pewno nie może być ratusz. Kolejny kłopot to zapewnienie miejsca pod stargany.

– Żeby zająć pół metra na ulicy, musimy mieć papiery z Warszawy – tłumaczyła pani dyrektor MOK-u. – Nie da się wejść na drogi powiatowe, nie mówiąc o wojewódzkich…

Miejsca na stoiska może by zresztą przybyło, gdyby – jak chce Leszek Pustówka – „wyrzucić dmuchańce i pompowańce pod lodowisko”. Przyjezdni potrzebują jednak parkingów w pobliżu centrum, a gdy wesołe miasteczko zajmie te place – nie będzie gdzie postawić aut. Ze względów bezpieczeństwa rynku też nie da się całkowicie zamknąć.

Podzielić Jarmark

Marcinowi Kudasikowi – obiecującemu, że współpraca z powiatem, której dotąd organizatorom nie udało się nawiązać, będzie już lepsza – marzy się Jarmark coraz większy przestrzennie i coraz dłużej trwający.

– Część koncertowa mogłaby sie odbyć na lotnisku i zacząć piknikiem lotniczym – sugerował. Czy jest szansa, żeby podzielić Jarmark: koncerty na lotnisku, a handel w rynku? Nauczyliśmy ludzi, że powinna być „gwiazda”, a taka „gwiazda” średniej klasy kosztuje 60 – 100 tys. zł. Nad tym też trzeba się zastanowić. Warto pomyśleć i nad czymś dla starszych ludzi, którzy nie przychodzą na koncerty.

Że miasto nie dość wykorzystuje rozległy i dogodny na terenowe imprezy teren lotniska i że na Jarmarku w tym miejscu miasto mogłoby zarobić, podnosił i prezes Aeroklubu, Paweł Kos.

MOK jednak przymierzał się już do takiej przestrzeni koncertowej, mierzył, liczył i wyszło mu, że nagłośnienie na lotnisku musiałoby być dwa razy droższe.

– Podejmowaliśmy próby przeniesienia wesołego miasteczka, ale dzierżawca płaci bardzo dobra cenę i nie chciał innego miejsca – mówiła Barbara Pachniowska. – Myśleliśmy, żeby ul. Szkolna była łącznikiem, były pomysły wykorzystania placu Gimnazjum Nr 1 i „Sokoła”. Była już uzywana ul. św. Katarzyny na alternatywną scenę. Jest możliwość przeniesienia wesołego miasteczka na parkingi przy lodowisku, ale twórcy też chcieliby mieć miejsce na parkowanie i złożenie towarów, bo nie da się ich składować w ratuszu.

Budynki szkolne nadają się do tego celu i jako zaplecze dla zespołów znacznie bardziej.

Generalnie jednak szefowa MOK-u koncertową scenę widziała raczej na stadionie za lodowiskiem niż na lotnisku.

Do zamysłu drugiej, małej sceny – np. na boisku Gimnazjum, wrócił „Ferment”, oferując ciekawe osobowości muzyki undergroundowej, związane też z literaturą.

Ile ta impreza kosztuje

Jak wynikało z wizualizacji MOK-u, zeszłoroczna edycja Jarmarku kosztowała ponad 224 tys. zł. Sto kilkanaście tys. zł było w tej kwocie dotacją miasta, reszta to wpływy od sponsorów i za wynajem stoisk.

O wykorzystanie unijnych środków pytał dyrektor Antoni Nowak, wskazując kilka możliwych źródeł finansowania: Fundusz Wyszehradzki, programy regionalne, programy transgraniczne, z których można uzyskać np. 50 tys. euro.

– Jeżeli chcecie robić Jarmark metodami Urzędu Miasta, to ta impreza będzie taka, jaka jest – przestrzegał. – Trzeba obudować ją innymi wydarzeniami. Jan Kanty Pawluśkiewicz przygotowuje np. projekt „Dumne kury kruszą mury” i marzyło się mu: „ – No, żeby miasto chciało taki projekt zrobić…”.

MOK występował o środki zewnętrzne, ale do ministerstwa kultury. Czas aplikowania i czekania na decyzję w sprawie unijnych środków mógłby się nie zgrać z terminem imprezy. Ten rok dla sięgnięcia po takie fundusze jest już raczej stracony. Poza tym sugestie ze strony Euroregionu, który polska siedzibę ma w Nowym Targu, mogły padać znacznie wcześniej, odkąd MOK organizuje Jarmark.

Publiczność na razie chce „gwiazd”, jej oczekiwania rosną, a na występy świetnych zespołów, sprowadzanych z zakopiańskiego Festiwalu – co roku kilku – przychodzi 50 – 70 osób… Być może jest to kwestia pory, bo występy te odbywają się zbyt wcześnie. Zainteresowanie rodzimymi zespołami też nie jest wiele większe. „Gwiazdy” jednak zawsze budzą kontrowersje – jedni lubią tych, a drudzy tamtych. Komentarze są niewybredne.

Nawet znakomity, widowiskowy, efektowny i tradycyjny „koński targ”, ściągnął ongiś widownię 150-osobową. Ale mogła to też być kwestia dnia tygodnia i zbyt wczesnej pory.

Efektowny przejazd dorożek i fasiągów przy otwarciu Jarmarku kosztował ok. 15 tys. zł (za pół godziny). Dlatego trzeba było zrezygnować.

Niezauważalne, ale wymierne koszty i trudności pociąga też każda zmiana organizacji ruchu i zajecie miejsca pod stoiska.

– W samej ul. Szaflarskiej trzeba było postawić 150 znaków i poniósł ten koszt Miejski Zakład Zieleni – przypominał Jan Poręba.

– Nie możemy być zakładnikami hejterów (czyli komentatorów, specjalistów od nienawiści – przyp. red.), którzy tylko czekają na wiadomość, kogo zakontraktowaliśmy – stwierdził przysłuchujący się całej dyskusji burmistrz Grzegorz Watycha. – Zgadzam się z opinią, że rynek jest za ciasny i trudno pogodzić wesołe miasteczko z handlem. Tegoroczna edycja może będzie słabsza, jeszcze zobaczymy. Ale zajęcie dróg to musi być działanie wspólne. Cześć handlujących korzysta z terenów miejskich – może spróbujemy ich zachęcić do obecności na Jarmarku. Trzeba obliczyć, ile nas będzie kosztowało przeniesienie wesołego miasteczka. Skansen na placu Słowackiego, scena alternatywna na terenie „Sokoła” – to pomysły, z których kierunek rozwoju Jarmarku zgodnie się wyłania. Ale konkurujemy też z innymi imprezami.

Po tej dwugodzinnej dyskusji rozszerzenie przestrzeni Jarmarku i próby pozyskania środków pomocowych wydają się przesądzone. Tym bardziej, że mieszkańcy rynku z przyległościami skarżyli się na hałas. Ale większy teren to oczywiście też większe koszty ochrony.

O XV Jarmarku

Fot. Anna Szopińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *