Jan Kanty Pawluśkiewicz – żel-arty w „Ruczaju”, życiowe przypadki w anegdotach

jankan17NOWY TARG. Przyjazd Jana Kantego Pawluśkiewicza do rodzinnego miasta to zawsze wydarzenie – nie tylko dla grupy jego krewnych, szkolnych koleżanek i kolegów. Tym razem było to wydarzenie dla Fundacji im. Adama Worwy, jej podopiecznych, dobrodziejów i sympatyków. A mistrz Jan Kanty – zawsze ten sam: z błyskiem w oku, aktorską wręcz swadą, dowcipem, autoironią, niesfornością, nieodpartym urokiem osobistym…

Żel-arty, które tworzy ten kompozytor muzyki teatralnej, filmowej i kabaretowej, twórca monumentalnych dzieł oratoryjno-kantatowych, niedoszły architekt, współzałożyciel kultowego zespołu „Anawa” – złożyły się już na kilka cyklów. Technologiczna nowinka hinduskiego pochodzenia pociąga go, ponieważ błyszczy się, rozlewa, stwarza wrażenie trójwymiarowości. Pozwala na nadrealistyczne kreacji przeżyć, snów, nadziei, obaw, widoków i powidoków. Dziewięć żel-artów zawisło na ścianach restauracji „Ruczaj” i – w połączeniu z obecnością mistrza Jana Kantego pozwoliło zorganizować kolejny wernisaż w cyklu fundacyjnych wystaw. Zresztą prezesującej Fundacji Alicji Chodorowicz, żonie śp. Piotra, artysta obsypany wieloma talentami odmówić by nie mógł…

Młodzi zdolni

I prezentował się podczas tego kolejnego powrotu do miasta jak plastyk, ale też jako muzyk – wirtuoz instrumentów klawiszowych. Nieprzypadkowo też na wernisaż zaproszeni zostali dwaj bardzo młodzi instrumentaliści. Pierwszy to bardzo już wykonawczo dojrzały Marcin Głodziak z klasy gitary Andrzeja Krawca w Państwowej Szkole Muzycznej. A drugi to Grzegorz Płonka z Murzasichla – samorodny grający i komponujący fenomen, który zdobył najwyższe laury w Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym Dzieci, Młodzieży i Dorosłych z Zaburzeniami Słuchu „Ślimakowe Rytmy”, a w „Ruczaju” fantastycznie, ze słuchu, zagrał „Sonatę księżycową Claude’a Debussy’ego. Obaj byli uściskani przez mistrza, a to dobry prognostyk muzycznej kariery.

Jan Kanty chylił też czoła przed działalnością Fundacji i dokonaniami „tria Jola – Ala – Ela”.

A Beacie Zalot odpowiadał na pytania, których kanwą były krążące w różnych światkach anegdoty na temat przypadków jego żywobycia i młodzieńczych ekscesów.

Słuchając tych potoczystych opowieści, nabierało się przekonania, że życiorys mistrza z siódmym krzyżykiem na karku to doskonały materiał na filmowy scenariusz.

Organista nie z tej ziemi

Swoją – nazwijmy to zdradę – rodzinnego miasta przez zamieszkanie na Spiszu mistrz tłumaczył zarządzonym przez syna remontem domu w Krakowie i koniecznością znalezienia miejsca na pracownię. Takie miejsce znalazło sie akurat na Spiszu, w historycznym obszarze siedmiu kultur i odtąd w SMS-ach do Grzegorza Turnaua zaczął się on podpisywać „Janos de Laps”, z dodaniem „de”, żeby – jak to określił –„ukryć swoje niskie pochodzenie”. Adresat SMS-a w odpowiedzi uhonorował go jeszcze bardziej nobliwym tytułem: „Johannes Cantores von Lapsova”.

Wspominał i czasy, kiedy w Nowym Targu był hokeistą III-ligowej drużyny i przez rok piastował zaszczytne stanowisko organisty w kościele św. Katarzyny. Razem z nim wychodził wtedy na chór kolega Józek Trzciński, żeby „miechy deptać”. O repertuarze religijnym z babcinej książeczki do modlenia młody organista co prawda nie miał pojęcia, ale gdy przed podniesieniem grał motyw z filmu „Rififi”, przez komunią – „Gdy mi ciebie zabraknie”, a na koniec mszy „Ciao, ciao, Bambino” – frekwencja w kościele wzrosła o 300 procent…

W „Zdrojowej” – jatka o włos…

Ciekawym momentem jego muzycznej kariery było muzyczne zastępstwo w rabczańskiej „Zdrojowej”, za kolegów, którym bardziej się kalkulowało obstawiać wesele w Ostrowsku. Lokalnemu kolorytowi dancingowej knajpy razem ze znajomym perkusistą nadawali rytm przez siedem godzin – do zmęczenia materiału. Potem jednak wrócili zleceniodawcy i jeden z nich uznał, że Jan Kanty nie tak jak przystoi popatrzył na jego żonę. Mimo, że domniemany winowajca nie znał tej pani… Mało trzeźwy zazdrośnik porwał rzeźnicki nóż i pognał za pianistą po „Zdrojowej”. Trzykrotny oblot sali zakończył się brawurowym skokiem ściganego przez okno i ucieczką w las. Ale że dzień był wyczerpujący, przyszły kompozytor – w garniturze i koszuli non-iron zasnął w tym lesie. Tam spacerowicze kopali go delikatnie w nogę, sprawdzając, czy żyje, a miłosierni chłopcy w butelce po winie przynieśli wody z potoku.

Gest Pawluśkiewiczów

Fantazja i gest Jana Kantego są zarówno osobnicze, jak i genetyczne. Bo w materiałach pisanych został ślad, jak jego pra-pradziadek po kądzieli, Jakub Podkanowicz, trafił w ówczesnej restauracji „Tunel” przy rynku na fetowanie emerytowanego nauczyciela z Liceum. Wtedy nie tylko wraz całą Radą Miejską dołączył do biesiady, ale zarządził 25 butelek węgierskiego wina, stwierdzając, że „to się z gminnego zapłaci”…

Wieści o degeneracyjnych skłonnościach Jana Kantego w młodzieńczych latach – o paleniu papierosów i spożywaniu alkoholu – gęsto trafiały do matki, jednakowoż rekord należy do znajomej, która uprzejmie doniosła, że syn Pawluśkiewiczów w Sylwestra spał na kupie węgla w MDK-u. I daremne były przekonywania matki, że go tego dnia w Nowym Targu był całkiem nieobecny.

Jak babcia gościła Lenina

Tłum warszawskich dziennikarzy – za sprawą kuzynki Jana Kantego – postanowił natomiast zrobić „publicity” jego babci Agnieszce, znanej z tego, że miała zwyczaj zwracać się do wszystkich przez „ty”. Ona bowiem była tą gospodynią, do której domu w sierpniu 1914 r. wszedł Włodzimierz Ilicz Lenin zaraz po wypuszczeniu z celi w dzisiejszym budynku Powiatowego Centrum Kultury, jako że było to bardzo bliskie sąsiedztwo więzienia. Ponieważ oswobodzony przyszły wódz rewolucji był spragniony, a wydarzeń w 1917roku w Rosji nic jeszcze nie zapowiadało – napoiła go. A potem indagowana przez żurnalistów, jak zapamiętała niezwykłego gościa, sformułowała krótką a dosadną recenzję:  – To, wiycie, marny panosek, marny….

Tak za sprawą Jana Kantego – przyjaciela Marka Grechuty i poety Leszka Aleksandra Moczulskiego – wernisaż zmienił się w gawędę i mini-recital, bo mistrz na chwilę sam siadł za pianinem. Kto nie był i nie słyszał – niech żałuje. Ściany wchłonęły dźwięki, słowa i śmiech. Mistrz odjechał, ale zawsze można tam wstąpić, by pooglądać osobliwe żel-arty, wziąć żonkila i wrzucić datek do fundacyjnej puszki.

Jan Kanty Pawluśkiewicz w „Ruczaju”

Fot. Anna Szopińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *