PIENIN
Y. Rzecz będzie o św. Kindze, Dunajcu i mieszkańcach Krasu. W historii tej zatracimy się, będziemy zastanawiać się ile jest prawdy w legendzie i legendy w prawdzie, wzajemnie się przenikających i przeplatających. Nie zamierzam niczego sugerować, osąd pozostawiam czytającym. Tym bardziej, że na tych historycznych relacjach o świętej, mieszkańcach i przyrody ciąży coś więcej, co określić możemy dziejowym pomówieniem. Cofniemy się aż do dojrzałego średniowiecza, by zrozumieć czasy nam współczesne.
Patrząc z nurtem rzeki na zakole Dunajca w Szczawnicy Niżnej, po prawej mamy Ląd, po lewej Kras, a pośrodku efektowną skałę Kotuńkę, nazywaną również Kotońką. Czy tak to miejsce wyglądało zawsze? Obraz był inny, Dunajec miał inne koryto, odbijał się od Hukowej Skały i szedł w lewo prosto na Kras, podnóżem Pieninek, popod Działki przez miejsce zwane Za Piecem. Fakt ten potwierdza Józef Salamon, najstarszy dziś flisak w Szczawnicy (ur. 28 listopada 1927 r.), który 30 lat pływał Przełomem Dunajca i robił odwierty na Krasie w poszukiwaniu wody dla uzdrowiska.
Pierwsze wykopy na zlecenie Komisji Zdrojowej były robione w 1939, po wojnie po raz drugi. Pomysł był śmiały, planowano transportować wodę rurociągiem na Palenicę, na której zamyślano zbudować zbiornik ciśnieniowy. Projekt upadł, zrealizowano go później na Połoninach, w ujęciu zwanym „Pokrzywy”. Wodę na Krasie poszukiwano na dwie zmiany, w pierwszym zespole był Józef Salamon, wraz z Janem Gabrysiem, Antonim Lizoniem i Stanisławem Kapłaniakiem. W drugim pracowali: Władysław Maciasz, Władysław Lizoń, Józef Gabryś i Tomasz Zachwieja. Kopali do głębokości 6-7 metrów, wbijając rurę. W połowie Krasu znaleźli wodę „śmierdzącą”, czyli zasiarczoną, zrezygnowali więc i zaczęli szukać bliżej Dunajca. W nowym odwiercie ukazała się woda czysta i przydatna, ale o słabej wydajności, więc z dalszych odwiertów zrezygnowano. Geolog pobierał próbki wody z każdego odwiertu, badał też ile jej wypływa na minutę. Podczas wykopów wybierali kamieńcówki (okrąglice), żwir rzeczny, materiał świadczący o dawnym korycie Dunajca.
Wyjaśnijmy jeszcze nazwę terenową „Za Piecem”. Franciszek Bartkowski (ur. 1934) potwierdził, że w tym miejscu stał piec do wypału, a tam gdzie dziś znajduje się zagroda Władysława Maciasza stała cegielnia. Glinę pobierano powyżej niej i dowożono.
Patrząc na dzisiejszy bieg Dunajca w tym miejscu wyobraźmy sobie, że było wcześniej zamieszkałym. Michał Słowik Dzwon – szczawnicki badacz kultury materialnej i poeta – w tym miejscu lokalizował pierwsze osiedle zwane średniańskim, od jakiegoś Średniana, później nazywało się Słobodą lub Swobodą. Średnian był rabusiem i zamieszkiwał na Niżnieńskiej Skałce. Musiał doskwierać innym, bo został przepędzony, a dom jego spalono, on sam ledwo uszedł z życiem. Przebrał się za chłopa, ożenił i doczekał się ośmiu synów. Razem wykarczowali trzy pomiarki (łany) ziemi, pobudowali się i zamieszkali. W oborze jednego z nich wystawał z ziemi czubek skały i zawadzał. Baraś, bo tak go zwali, gdy miał odrobinę wolnego czasu, próbował skałę skruszyć, okopywał ją, ale siedziała tak, że nie dał rady.
W 1287 Tatarzy po raz trzeci najechali na polskie ziemie. Fakt ten sprawił, że wokół osoby św. Kingi powstało wiele legend związanych z jej pobytem w Pieninach, mówiących o zamku „Pieniny” i jego obronie, wzbogaceniu roślinności Pienin, powstaniem nowych źródeł i cudownych zdarzeń towarzyszących jej ucieczce przed Tatarami. Narastały z biegiem czasu świadcząc o wybujałej fantazji autorów, którzy zapomnieli, że księżna krakowsko-sandomierska przeżywała trzeci najazd Tatarów jako fundatorka klasztoru sądeckiego, ale sama jeszcze zakonnicą nie była.
W czasie najazdu schroniła się na zamku „Pieniny” wraz z 70 zakonnicami, duchowieństwem, rodzonymi siostrami Jolentą – żoną Bolesława Pobożnego, księcia kalisko-gnieźnieńskiego, Konstancją – żoną Lwa Ruskiego, księcia halickiego, rycerzami i garstką ludności. W czasie najazdu klasztor sądecki nie był jeszcze otoczony murem i nie zapewniał bezpieczeństwa.
Przeprawiały się przez rzekę – jak zapisano w annałach klasztoru – między „Miodusiem a Krościenkiem”. Słowik Dzwon podaje, że ostatkiem sił dotarły do średniańskiego osiedla. Zwróciły się do gazdów z prośbą o przewiezienie łódkami na drugi brzeg, ale ci odmówili, sami mieli dość strachu przed Tatarami i chowali swój dobytek. Poradzili uciekającym poszukanie brodu poniżej. Księżna prosiła, błagała, ale ci byli twardzi jak skała, zajęci sobą. Wtedy zapłakała i rzuciła pomstę, że będą się tułać i ród ich nie będzie się rozmnażał do dziewiątego pokolenia.
Krzysztof Koper, badacz historii Krościenka i okolic sądzi, że orszak Kingi przekroczył Dunajec na Piaskach. Miejsce to upamiętnia kapliczka św. Kingi z 1860 r., ale nie tylko to było powodem jej postawienia, jest także ekspiacją mieszczan krościeńskich za winy przodków, którzy mieli odmówić pomocy Kindze w dostaniu się na zamek „Pieniny”. Według legendy, gdy księżna miała się o tym dowiedzieć, ponownie zapłakała w swej bezradności, przeklęła Krościenko i mieszkańców życząc im, by nie mieli koni i chodzili bez butów. Ziściło się, gdyż gospodarze nigdy nie mogli dochować się dobrych koni, które by im z pożytkiem służyły, o butach nic nie wiadomo i nawet się nie wspomina.
Legenda o Krasie jest jedną z najczęściej przywoływanych, w różnych zresztą wersjach. Przytoczę tą zapisaną przez Szczęsnego Morawskiego (1863): Kiedy św. Kinga oczekiwała na pomoc mieszkańców Krościenka, w pobliżu orał pod zasiew zboża pole człowiek nazwiskiem Kras. Św. Kinga zwróciła się do niego z prośbą o pomoc. Rolnik wyprzągł woły od pługa i wywiózł św. Kingę na zamek Pieniny, za co błogosławiła, żeby mu zawsze rodziło się w polu. Mimo wieści, że nadciągają Tatarzy Kras w prostocie ducha i czystości sumienia bez żadnego lęku o bezpieczeństwo swojego życia wyszedł następnego dnia na rolę, aby dokończyć zaczętą pracę orania pola i siania zboża. Błogosławieństwo Kingi urzeczywistniło się, gdyż tam gdzie posiał zboże poprzedniego dnia, przez noc powschodziło. Kiedy Kras zastanawiał się nad tym cudownym zdarzeniem nadjechali Tatarzy i pytali, czy przechodziła tędy Kinga, odpowiedział im, że tak, ale przechodziła wtedy, kiedy on siał zboże. Tatarzy wobec takiej odpowiedzi byli przekonani, że skoro musiał upłynąć odpowiedni czas od zasiania do powschodzenia zboża, to już nie dogonią św. Kingi i dlatego udali się do Krościenka, czekając na resztę wojennych towarzyszy, by z większą siłą uderzyć na zamek pieniński, który koniecznie chcieli zdobyć, by wzbogacić się skarbami, jakie w ich mniemaniu zabrała ze sobą św. Kinga z klasztoru sądeckiego. Inna legenda mówi, że rolnikiem siejącym zboże był Salomon Kok, taką wersję znajdziemy w dziele Jana Wiktora.
Średnianie długo nie czekali na spełnienie się rzuconej na nich pomsty. Jednej nocy przyszła ogromna burza z piorunami i oberwaniem chmury. Dunajec wezbrał i w jedną noc zmienił koryto płynąc wprost na ich osiedle. Zabrał wszystkie chałupy z całym dobytkiem, a skałę na oborze Barnasia wymulił, tak że znalazła się na środku rzeki, jakby trzymała wartę u wrót Pienin, przezwano ją Kotuńką. Średnianie zdążyli uciec, pobudowali się na wysokim dziale średniańskiej roli, zwanej odtąd Chałupiskami.
Pozostały po nich wspomnienia i toponimia na mapach. Stanisławie Wiercioch, rodowitej szczawniczance, córce bacy Michała Gabrysia, historia ta jest dobrze znana od dziecka. Nie potrafi określić wieku, kiedy to się stało, być może czterysta roków temu? – Jak przyszła ta powódź to Dunajec zabrał cały Kras, ten Baraś uciekał w góry, bo mieli tu swoje kawołki pola. Nie było jeszcze nazwy Chałupiska, mówiło się Padoły, Dzioły. Jak się oni tu osadzili ludzie nazwali później to miejsce Chałupiskami. Ciasno im tu było, barz długo tu nie siedzieli, bo jak się okazało tu była woda cieplica, stąd ta studzionka, gdzie stoimy. Ona nie zamarza w zimie, troszkę taki szron się robi na jej powierzchni, stąd też nazywają to miejsce Chałupiska Cieplice. Ci ludzie tu ciasno mieli, bo daleko do wsi, żadnych wygód nie było, ale na tamte czasy to se pewnie chwalili. I później, jak się Chałupiska zapadły, dzisiaj byśmy nazwali trzęsieniem ziemi, uciekli na Miedziusie – opowiadała Stanisława Wiercioch.
Jan Majerczak Student, który również wybrał się na Chałupiska powiedział: – Tak jak moja kuzynka godała, to wszystko się zgadza. Przy tej Kotońce było ponoć pięć gospodarstw, u jednego z nich na podwórku stał czubek skały. Potem jak przyszła wielka powódź, kataklizm, ci gazdowie musieli uciekać, na miejsce gdzie stojemy, tu na Chałupiska. Kotońka została odmulona, tak jakby urosła. A tam gazda, co go widać pod lasem, nazwiskiem Ogrodnik, to od niego ostała się nazwa Kotońka. U tego Ogrodnika może dziadek, pradziadek miał przydomek Kotoń? Stąd ta nazwa skały się wzięła.
– Barasie – mówił dalej Student – nazwisko mieli Majerczak. Cały ciąg pola od Kotońki, gdzie Krzysztof Polaczyk robi kajaki, to barasiowskie pole, na którym i inni byli. Dunajec szedł przez Kras i część kawołeczków tu koło Kotońki po jego drugiej stronie nazywają Ogrodczyska, ponieważ ci ludzie, którzy tam mieszkali mieli ogrody.
Stanisława Wiercioch stojąc nad cieplicą powiedziała: – Bozia ją dała, to ciepłe źródło, tyle wieków przetrwało i do tego czasu jest cieplicą. Ta młaka nigdy w zimie nie zamarza. Studnia przypomina tragedię tych ludzi. Powiedzielibyśmy, że byli nieludzko prześladowani, tam od Dunajca, gdzie Kotońka, tu znowu się chałupy zapadły. Tak opowiadał mój tata, a wcześniej i jego rodzice.
Inną wersję o tragedii na Chałupiskach zapisał Michał Słowik Dzwon: „Osiedle to przetrwało wiek, dwa, trzy. Małe okienka średniańskich chat patrzały na przeciwległe pienińskie zieleniny. Kąpały się w słońcu, a suszyły wiatrem. Sczerniały stare chaty, zgrzybiały jak wiekowe babki, robak roztoczył węgła, strzechy, niejeden raz pobite gontem, paździerzyły się jak na betlejemski sopce. Waliły się chałupy, a na ich miejsce stawiano nowe. Ale ich nie przybywało więcej, chociaż wieki biegły. Osiem ich było i osiem jest!”
Zaklęcia nie można było odczarować. Przybywało w komorze, w oborze przychówek się mnożył, rodziła się gromada dzieci i tyleż starszych marło. Nie mieli szczęścia, ród się nie powiększał, pomsta trwała. Aż nastał ten sądny dzień, Michał Słowik Dzwon odnotował: „Jednego casu, na Pietrapawła, nadeszła burza od Pienin. Zagrała grzmotami. Pieron trzasł ognisty i zapalił Misiagową chatę, a dalej wiatr w podarunku zaniósł ogień na inne domy, tak że spaliło się całe nieszczęsne osiedle. Brakło wody w jedynej studzience, w pobliżu żadnego potoczka. Dunajec daleko, źle z wodą, ale gorzej bez niej. Średnianie przenieśli się na trzeci pomierek na Miedziusie, nazwane tak od granicznej miedzy pomiędzy Szczawnicą Wyżnią, a Niżnią. Przezwali ich Miedziusianami”.
Jan Majerczak Student mówi o pięciu gospodarstwach na Chałupiskach, bo tyle rodów ma tam pola przechodzące z pokolenia na pokolenie. Michał Słowik Dzwon pisze o ośmiu. Tyle też na Miedziusiu się pobudowało nowych domów.
O Chałupiskach świadczą jeszcze inne toponimie, nazwy terenowe, które pozostały w pobliżu ich siedliska: Przy Cmentarzysku i Potok Dusowy. Na nie zwrócił uwagę Kazimierz Majerczak Kogutek oprowadzając po tym miejscu. Cmentarzyk musiał być mały, na skrawku pola za chałupami, bo inaczej zwano by go „Przy Cmentarzu”, a potok – o znaczącej nazwie „duszowy” – wypływający z tego miejsca – jak dawniej wpada – do Grajcarka.
Na Miedziusiu dobrze się Średnianom mieszka, dziewiąte pokolenie już dawno się minęło, ale przepowiednia dalej żyje! Osiem domów jak było, tak jest, stoją obok siebie jak przed wiekami nad Dunajcem i na Chałupiskach. Opatrzone zostały godłami szalayowskimi: Pod dzwonem, Pod sercem, Pod sroką, Pod Hiszpanem, Pod kołem, Pod wietrznym młynem, Pod pielgrzymem, Pod topolą. Domy, już nie te kryte gontem, pachnące żywicą, lecz murowane wille, a przepowiednia ostała. Michał Słowik Dzwon nie pozostawia złudzeń cytując legendę: „Miedziusianów zaleje ognisty potok, który wybuchnie na Bryjarce, i nie pozostawi śladu ni znaku!”
Wierzyć, czy nie? Klaryski wierzą, że legendy świadczą o wybujałej fantazji ich autorów, a św. Kindze nie można przypisać przekleństw czy złorzeczeń, bo są one przejawem tych, którzy je tworzyli, nie mają nic wspólnego z faktami i życiem świętej. Na wstępie wspomniałem o czymś, co można nazwać dziejowym pomówieniem. Na to wygląda, bo klątwa – w chrześcijaństwie zwana ekskomuniką – jest karą kościelną polegającą na wykluczeniu ze wspólnoty wiernych. Z tym nie mamy do czynienia. Tę z legendy ewentualnie rozpatrywać można w pojęciu magii, czarów, czyli mamy do czynienia z wierzeniami i przekonaniem o istnieniu sił nadprzyrodzonych, które można poskromić za pomocą określonych zaklęć i czynności. Święta Kinga nie była czarownikiem, ani szamanem żebyśmy mogli tak myśleć.
Legendy, stare podania ludowe, wytwór kultury materialnej, tłumaczą zazwyczaj pewne fakty, ukształtowały świat istot boskich i demonicznych. Te drugie są uosobieniem zjawisk przyrody niezrozumiałych dla ówczesnego człowieka. Przekazywane przez pokolenia trwają, o czym mogliśmy się przekonać. Zarazem są nośnikiem tej prawdziwej historii, którą zawierają nazwy terenowe.
Ryszard M. Remiszewski