PIENINY. Prawie każdy koniec tygodnia, głównie w soboty i niedziele, sprawia, że Wąwóz Homole w Małych Pieninach – uważany za jeden z najpiękniejszych w Polsce – staje się miejscem przeciążonym turystycznie, gwarnym i trudnym do zaakceptowania dla zwiedzających, szukających piękna, harmonii i ciszy.
Wąwóz w tych dniach upodabnia się do drogi na tatrzański Giewont lub Okrąglicę, najwyższą skalicę w masywie Trzech Koron, z platformą widokową. Autokary podjeżdżające na parkingi przed wejściem do wąwozu zasilają bez większej przerwy ludzki pleń poruszający się jego dnem. Chociaż w przyrodzie pleń jest rzadkim zjawiskiem tu tłum dziwnie podobnie wygląda. Homole to ruska nazwa, która oznacza obły, bezrogi kształt doliny.
Wąwóz ma urozmaiconą rzeźbę i ciekawą budowę geologiczną, dnem jego płynie Kamionka. Patrząc na nią trudno wyobrazić sobie, że to ona przez miliony lat rzeźbiła wąwóz i dalej to robi. Gdyby pokusić się o pomiary, to na przestrzeni lat można byłoby policzyć o ile urosły ściany wąwozu. Rosną tu rośliny wapieniolubne, często rzadkie, także liczne okazy jałowców. Już od ponad pięćdziesięciu lat wąwóz jest chronionym rezerwatem przyrody.
Czy tłum idących oraz czekających na wejście na przerzucone przez Kamionkę mostki, głośno się zachowujących, zdaje sobie sprawę, że wąwóz ma zaledwie osiemset metrów i przyroda przy wsparciu leśników robi wszystko, by nie został zadeptany? Ptaki gdzieś się pochowały, tylko kruki swoim głośnym krakaniem potrafią przebić się przez panujący tu gwar. Idący jeden za drugim, ociekający potem, nie wiedzą co tu na skałach rośnie i żyje, że stąpają po głazach, które mają wiele dziesiątków milionów lat, może nawet nie chcą wiedzieć. Przyszli zaliczyć jedną z największych atrakcji geologicznych i przyrodniczych.
Dubantowska Dolinka – wieńcząca wąwóz – zamienia się w tych dniach w miejsce piknikowe, stołówkowe. Niewiele osób zwraca uwagę na znajdujące się tu Kamienne Księgi, w których jak podanie głosi zapisane zostały losy ludzkości z datą końca świata. Ponoć znalazł się jeden sędziwy pop z pobliskiego Wielkiego Lipnika, który odczytał tajemnice, ale nie zdążył się nimi podzielić, bo odebrało mu mowę.
Z Dubantowskiej Dolinki w pół godziny tłum przemieszcza się do Bukowinek, gdzie w karczmie – szałasem zwanym – z zadowoleniem kontynuuje zasłużoną konsumpcję okraszoną piwem.
Ryszard M. Remiszewski