NOWY TARG. Kilkadziesiąt osób na dziedzińcu plebanii parafii św. Katarzyny obejrzało porównawczy pokaz spalania od góry i spalania od dołu. Ściągnęły ich zapowiadane m. in. z ambony znaki dymne dawane tym razem przez orędowników bardziej ekologicznego spalania – Jana Siękę i Romualda Olszowca. Akcję w sercu najbardziej cierpiącego od niskiej emisji Starego Miasta trzeba zaliczyć do wyjątkowo pożytecznych społecznie.
I obserwatorzy nie zawiedli się – każdy mógł naocznie i dotknięciem ręki przekonać się, że można. Można palić węglem (ale koniecznie dobrej dobrej jakości i opłaca się za nią zapłacić trochę więcej) na dwa sposoby: tradycyjnie – dymiąco oraz prawie bezdymowo. Edukacja, jak to osiągnąć – była celem spotkania.
Na schodach ustawiono dwie kozy, (tej samej konstrukcji i wielkości), ten sam opał i rozpałkę. W jednej ułożono najpierw rozpałkę (tekturę) na to drewniane szczapy i na samą górę dwie szufelki węgla. W drugiej palacz-instruktor zrobił dokładnie na odwrót: najpierw sypnął węgiel, na to położył drewno i na końcu tekturę. Oba piece rozpalono. Efekt był porażający. Podczas spalania tak, jak pali większość mieszkańców Nowego Targu: normalka – gwałtowne spalanie i żółtawy, gęsty dym. Drugi piec, gdzie zastosowano spalanie metodę „spalania od góry” wydzielał o wiele mniej dymu, a dym był znacznie rzadszy i jaśniejszy. Gdy po kilkudziesięciu minutach otworzono pokrywy, z tego pierwszego nadal wydobywał się taki sam dym, węgiel się „kisił”, natomiast drugi ukazał równomierne, powolne spalanie węgla. Ten drugi piec był też bardziej gorący. Dym „cofał się” obficie drzwiczkami „kozy” tylko przy spalaniu od dołu.
Pokaz pokazem, ale wiedza jaką wykazali się panowie budzi respekt. Jan Sięka przyznawał, że sam uczył się palić ok. dwóch tygodni, przy zaliczeniu kilku porażek – a to piec zgasł, a to woda się zagotowała… Uczy się zresztą cały czas – eksperymentując. Panowie przypominali też podstawowe, ale zasadnicze elementy prawidłowego spalania: wielkość i rodzaj pieca, stan instalacji kominowej, jakość i rodzaj opału – w żadnym wypadku śmieci.
– Nie palcie, państwo śmieci! – przestrzegał inicjator pokazu. – Podczas spalania śmieci wytwarza się cyjanowodór, którym zagazowywano ludzi w Auschwitz.
I komentator pokazu, i wykonawca kolejnych czynności, zwracali uwagę na niebezpieczeństwa – zarówno ze strony toksyczności związków chemicznych niesionych przez dym, jak i zagrożenie pożarem sadzy w kominach.
Rozdawano ulotki, wywiązała się też swego rodzaju dyskusja związana z doświadczeniami poszczególnych „palaczy”. Ale kilka osób potwierdziło: tak, palę od góry, mam mniej dymu, a więcej zostaje mi w kieszeni. Aspekt ekonomiczny był oczywiście bardzo istotny podczas spotkania. Bo nie opłaca się oszczędzać na jakości węgla. Można zastosować kilka tricków, aby polepszyć efektywność spalania. Tę wiedzę można zaczerpnąć z polecanej przez sprawców pokazu strony internetowej: www.czysteogrzewanie.pl
Pokaz zanieczyścił trochę mieszaninę azotu i tlenu, którą oddychamy, ale wiedza jaką wynieśli obserwatorzy prezentacji raczej nie poszła z dymem, gdyż jak uważa niestrudzony propagator czystszego ogrzewania Jan Sięka – taki przekaz jest w stanie przekonać ok. 30 procent „zadymiaczy”. Czy tak będzie w istocie, przekonamy się – sezon grzewczy jeszcze trwa.
Fot. Anna Szopińska