NOWY TARG. To był ostatni pokaz „autorski”. Potężna i według najlepszych zasad snycerskiej sztuki wykonana szopka tego roku została przez jej współtwórcę, mistrza pszczelarskiego Józefa Różańskiego, przekazana Muzeum Podhalańskiemu – razem z oryginalnym tekstem, nagraniem i prośbą: by choć raz do roku była wystawiana.
Drewniane cudo sprzed 45 lat to ewenement nawet w regionie, który chodzenie z szopką ma silnie zakorzenione w swojej tradycji. Szopka w o wymiarach 220 x 120 cm jest bowiem dziełem profesjonalnym i artystycznym, wykonanym przez dorosłych. Komplet do drewnianej konstrukcji to tła z górskim pejzażem i pałacem Heroda, lalki (nie „kukły”, tylko lalki właśnie), tekst i nagranie dokonane niegdyś z pomocą „Śwarnych”.
Jak się rzekło, szopka została tego roku wystawiona na pożegnanie – pożegnanie pewnej epoki. A pokazana była na koniec dwukrotnie i uroczyście – raz na opłatku Związku Podhalan, drugi raz w nowotarskim ratuszu. Na szopkowe przedstawienie przyszli do ratusza przedstawiciele różnych środowisk, które z tym szopkowym przedsięwzięciem miały do czynienia, jednak przede wszystkim żyjący współtwórcy tego dzieła i „szopkowi kombatanci”, którzy jako dzieci wędrowali do domach z kolędą i historią Narodzenia Pańskiego.
Nie brakło goprowców, duchownych, strażaków z kowanieckiej OSP, pszczelarzy, także delegacji Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego Nr 1 z dyrektorem Tadeuszem Kalatą na czele. 45 lat temu wszakże SOSW zwany był oficjalnie Specjalnym Zakładem Wychowawczym, a nieoficjalnie – „liceum lotniczym” (od stojącego dumnie na dziedzińcu samolotu z demobilu). I tam się urodziła szopka. Dyrektorował wtedy Zakładowi właśnie Józef Różański – a kadra – jak opowiadał w ratuszu, była nie tylko miejscowa. Nauczyciele pochodzili i z Grybowa, i od Lachów, i z Czeladzi, i z innych stron. Podhalańskim „zwykiem” tak jednak byli zauroczeni, że przed feriami – a były to lata siedemdziesiąte – przyszli do dyrektora z pomysłem: „…a może byśmy zrobili szopkę? Pan by pokazał, a my byśmy zrobili lalki…”. Takiej ochoty w ludziach gasić by się nie godziło. Zaczęły powstawać lalki i co jedna, to bardziej udana – z wyrazistymi twarzami, w odzieniu odwzorowanym aż po cyfrowania na góralskich portkach. W szkolnej pracowni rozrastała się drewniana konstrukcja szopki – z dwoma wieżami i sceną wydarzeń pośrodku, uwieńczoną misternie zdobionym dachem z gwiazdą. Wszystko – podświetlone, funkcjonalne, odpowiednio duże i efektowne. Prawie jak teatr.
Lalki rzeźbili: Stanisław Jeziorek – wychowawca z SZW, plastyk; Józef Różański i dwóch wychowanków. Józef Różański też postarał się o tekst – bogaty, tradycyjny, wzorcowy dla jasełkowych przedstawień, z rolami rozpisanymi na poszczególne postaci i śpiewkami. Przy kolejnych wystawieniach tekst zaczął obrastać w aktualności” – np. postać Stana Tymińskiego pojawiającą się przy Herodzie, postać gorczańskiego partyzanta śpiewającego kolędę Jadwigi Apostoł-Staniszewskiej „wsyndy śniega nasuło…”, aluzje do wypieków Steskala itp. itd… Postaci w szopce było mnogo – oprócz Heroda, mameluka i Śmierci, także góral z góralką, krakowiak z krakowianką, bartnik, strażak, kominiarz, dziad, baba, nawet czarownica. Zanim – z udziałem Marcina Kudasika – nie powstało nagranie „Śwarnych”, na akordeonie przygrywał szopkowym przedstawieniom Piotr Sypek. Od swojego powstania szopka była wystawiona w sumie kilkanaście razy: u górali, u emerytów, w szkołach, przy spotkaniach opłatkowych. Wszędzie przyjmowali ją ludzie entuzjastycznie, z radością, że dane jest im jeszcze słyszeć starodawny tekst.
Na drugim końcu miasta, w przykombinackiej „Bacówce” (dziś restauracja „Ruczaj”) wystawianiem szopek – choć już w innym stylu – zajął się teatroman, animator kultury, wszechstronny humanista i plastyk – ś.p. Ludwik Gołąb.
Kiedy się dzisiaj słucha tych barwnych wspomnień, to jakoś żal… – że dzisiaj tylu z nas poprzestaje na przełączaniu kanałów z wcale nie śmiesznym kabaretem; że mózgi odwykły od chwytania aluzji między wierszami; że dzieci mają wprawdzie więcej sceny na kolędowanie, ale tylko pod okiem pań nauczycielek, mamuś, bać, cioć, dziadków; że mały Herod już nie wróci chyłkiem do domu z nadpalonym płaszczem i nikt się już nie zlęknie huku odpustowego moździerza i że… szopka Marcina Wolskiego musiała zejść w internetowy underground; że w Nowym Targu po szopkach wystawianych na rynku zostało tylko wspomnienie i lalki na strychu „Jatek”.
Józef Różański w każdym razie swój szopkowy testament ogłosił i ostatnią szopkę (z pomocą Andrzeja Michalika, współtwórcy Olimpiad Specjalnych) wystawił. Podjęcie tego dzieła to niemal jak misja podtrzymania narodowego ducha.
Szopkowy testament Józefa Różańskiego
Fot. Anna Szopińska