PIŁKA NOŻNA. Rozmowa z Dawidem Bartosem, byłym już zawodnikiem i kapitanem Porońca Poronin, który jest w trakcie leczenia załamanej 10 października nogi.
Ponad miesiąc czasu minęło od feralnego dla Ciebie meczu w Ostrowcu Świętokrzyskim. Jak dzisiaj wygląda Twoja sytuacja zdrowotna?
– Wszystko idzie w dobrym kierunku. Złamana kość strzałkowa się zrasta. Jeszcze kilka dni mam mieć gips, a potem od razu zaczynam już rehabilitację. Trochę czasu upłynie zanim odbuduję mięśnie i noga wróci do stu procentowej sprawności, ale liczę że już w styczniu będę całkowicie zdrowy.
Początkowe diagnozy nie były tak optymistyczne…
– Zgadza się. W szpitalu w Ostrowcu Świętokrzyskim usłyszałem, że najprawdopodobniej będę musiał być operowany i noga zostanie ześrubowana. To oznaczałoby co najmniej rok wycięty z życiorysu. Nie było łatwo, zwłaszcza że do tej pory poważniejsze kontuzje omijały mnie szerokim łukiem. To co usłyszałem, oznaczało koniec mojej przygody z piłką. Na szczęście w Zakopanem trafiłem pod opiekę pana doktora Mariana Papieża. Seria kontrolnych zdjęć wykazała co prawda złamanie, ale bez przemieszczenia co oznaczało że operacja nie jest konieczna. Przyznam, że kamień spadł mi z serca.
Czyli Dawida Bartosa wiosną ponownie zobaczymy na boisku?
– Jeżeli wszystko będzie szło dalej w dobrym kierunku to jak najbardziej. Już nie mogę się doczekać kiedy wrócę do treningów. Piłka to całe moje życie. Bez niej mój świat obróciłby się do góry nogami. Wciąż jest we mnie olbrzymia chęć i determinacja, chyba nawet jeszcze większa niż przed kontuzją.
W Porońcu już jednak nie zagrasz…
– Zgadza się. Kilka dni temu rozstałem się z klubem z Poronina.
Powód?
– Nie chciałbym się zagłębiać. Po prostu nase drogi się rozeszły. Nie widzę dla siebie miejsca w nowej filozofii jaką obrały władze klubu. Podaliśmy sobie ręce. Rozstajemy się w absolutnej zgodzie.
W Poroninie spędziłeś trzy lata. Jak je wspominasz?
– Zdecydowanie więcej było tych miłych, niezapomnianych chwil. Przyznam, że po Ruchu Chorzów i Górniku Zabrze, Poroniec będę wspominał najmilej, spośród tych wszystkich klubów w których grałem. Awans do trzeciej ligi, dwa zdobyte puchary Podhala to coś co na pewno zachowam w sercu do końca życia. Dlatego chciałbym podziękować przede wszystkim rodzinie Pawlikowskich za zaufanie jakim mnie obdarzyli i za wręcz rodzinne relacje jakie nas łączyły. Dziękuję też kibicom, wśród których myślę mam wielu przyjaciół i mam nadzieję, że to że odchodzę nie zmieni nic w tej kwestii. Dziękuję też trenerom jakich napotkałem na swojej drodze w Poroninie. Począwszy od Tomka Rogali, przez Szymona Burligę, Marcina Manelskiego a na Przemku Cecherzu skończywszy.
Cień na twoją trzyletnią przygodę z Porońcem rzucają wydarzenia z wiosny 2013 roku, kiedy stanąłeś na czele buntu wobec decyzji władz klubu o zwolnieniu trenera Burligi…
– Każdy w życiu popełnia błędy. I teraz z perspektywy czasu mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że to był błąd. Zadziałały emocje, a wiadomo, że one są często złym doradcą. Na szczęście to już przeszłość. Swoje winy, odkupiłem postawą na boisku i poza nim. Przynajmniej mam taką nadzieję.
Wiosna 2015 roku to z kolei chyba najlepszy okres, mając na myśli poziom sportowy jaki wówczas prezentował dowodzony przez ciebie zespół…
– Bez dwóch zdań. To była kapitalna runda w naszym wykonaniu. Byliśmy kolektywem, walczyliśmy według zasady jeden za wszystkich wszyscy za jednego. To przekładało się na wyniki. Zwycięstwa nas nakręcały. Żyliśmy szatnią. Niestety do pełni szczęścia zabrakło jednego punktu.
Jak wytłumaczyć to co stało się z drużyną kilka miesięcy później. W trwającym sezonie, niewiele już zostało z tego kolektywu…
– Bo to nie jest ta sama drużyna. Z niezrozumiałych dla mnie powodów, latem znów przeszliśmy rewolucję kadrową. Przede sezonem i w jego trakcie doszło ponad 10 nowych zawodników. Owszem, sugerując się nazwiskami, można było oczekiwać, że poziom przez nas prezentowany pójdzie w górę, ale po raz kolejny okazało się, że ważniejszy niż indywidualności jest zespół.
Finanse – a konkretnie zaległości wobec zawodników – miały na to wpływ?
– W jakimś stopniu na pewno. Bo jeżeli traktujesz grę w klubie jako tylko i wyłącznie pracę zarobkową, nie wiąże Cię z klubem żaden sentyment i jego los jest Ci obojętny, to w momencie kiedy pojawiają się zaległości finansowe, poziom zaangażowania automatycznie leci w dół. A dziś w kadrze zespołu mało jest zawodników, którzy za Poroniec nadstawili by karku.
To wiosną w jakich barwach Cię zobaczymy? Zostajesz na Podhalu czy może rozważasz powrót na Śląsk,skąd się przecież wywodzisz?
– Nigdzie się nie wybieram. Na Podhalu ułożyłem sobie życie i czuję się tutaj wyśmienicie, dlatego rozważam grę jedynie w podhalańskim klubie. Nie ma to dla mnie większego znaczenia jaki będzie to poziom rozgrywkowy, choć nie ukrywam, że wciąż czuję się na siłach aby powalczyć o jak najwyższe cele. Najważniejsze jednak abym był potrzebny drużynie i miał w niej konkretne zadania do zrealizowania. Pewne rozmowy już prowadzę, ale gdzie zagram wiosną nie potrafię jeszcze powiedzieć.
Rozmawiał Maciej Zubek