…aż do skończenia świata

Ks. Tadeusz Juchas Fot. Anna SzopińskaRozmowa z ks. dziekanem Tadeuszem Juchasem, kustoszem ludźmierskiego Sanktuarium Matki Bożej Królowej Podhala

– Odczuwamy jakby natężenie niepokoju. Wielu ludzi wsłuchuje się w coraz częstsze przepowiednie dotyczące końca świata, próbuje dopasować wydarzenia do słów Apokalipsy, rozczytuje się w proroctwach św. Malachiasza na temat papieży…

Ks. Tadeusz Juchas z darem Jana Pawła II– Nikt z nas nie zna dnia ani godziny – ani końca świata, ani swojej śmierci. To tajemnica zakryta. My, chrześcijanie, ciągle oczekujemy przyjścia Chrystusa. I wszelkie próby wniknięcia w tę tajemnicę są puste. Niedawno przeżywaliśmy kolejny „termin” końca świata… W ciągu wieków autorzy kolejnych terminów końca świata tyle razy musieli go odwoływać… A Pan Jezus mówi: „czuwajcie”. Mówiąc o Kościele, zapewniał, że „moce piekielne go nie przemogą”. Człowiek wierzący całkowicie zawierza tylko Jemu. Bo tylko Pan Bóg wie, co się stanie, jaka będzie droga człowieka. Dlatego do przepowiedni zawsze podchodzę z dystansem.

– Wielu zaniepokoiła również abdykacja papieża Benedykta XVI, jako sytuacja w Kościele zupełnie nowa. Czy rzeczywiście są powody do obaw?

– Na Kościół trzeba patrzeć nie tylko w kategoriach instytucji, bo nie będzie to pełny obraz. Nie na darmo powiadał ks. prof. Tischner, że „jak go księża i biskupi nie rozwalili przez dwa tysiące lat, to jest wieczny”… Kościół to są tylko ludzie – ochrzczeni, wierzący, którzy starają się nieść ludziom Ewangelię. Nadzieją dla świata jest fantastyczna, wielka rzesza „szaleńców bożych”. Różne trudne momenty były w dziejach Kościoła i z różnych trudnych doświadczeń się podnosił. Teraz jednak w jego sprawach próbują zabierać głos, próbują być wyrocznią ci, którzy są daleko od Kościoła, od chrześcijaństwa, złamali śluby kapłańskie i zakonne – osoby przegrane, rozgoryczone. I to jest żenujące… Myślę, że do tych wszystkich zdań i opinii trzeba odnosić się z dystansem. Bo to nie są żadne autorytety.

– Błogosławiony Jan Paweł II i papież Benedykt XVI – mimo wspólnoty myśli i deklarowanej kontynuacji – to przykłady dwóch różnych postaw wobec powierzonego im najwyższego urzędu w Kościele. W jednym przypadku mamy do czynienia z niezłomnym poczuciem misji, w drugim – z racjonalną oceną sytuacji i własnych możliwości. Część wiernych może czuć się zaskoczona i nieco zdezorientowana…

– Jest to dla Kościoła czas trudny. Ale decyzja Benedykta Wielkiego – na pewno Wielkiego, mam nadzieję, że historia tak Go określi, doceniając wkład w teologię i dyskusję o chrześcijaństwie; jego dorobek naukowy, który wpisuje się w dziedzictwo Soboru Watykańskiego II – to wielka odwaga. Papież Benedykt XVI – jako myśliciel, teolog, kapłan, człowiek – jest jednym z największych intelektów związanych z osobą Jana Pawła II. Jako wolny człowiek – miał prawo decydować, miał prawo abdykować, jeśli prawo kanoniczne to dopuszcza. Trzeba być autorem swojego życia. Samoświadomość i wielkość łączą się ze sobą. Mimo wcześniejszych sygnałów, wielu było zaskoczonych taką decyzją, ale papież – jako człowiek – ma prawo powiedzieć, że nie podoła, jeśli jego siły nie są wystarczające. To wielka cywilna odwaga powiedzieć „nie dam rady” i do Jego decyzji powinniśmy podejść z szacunkiem, modlitwą, podziękowaniem za te lata, w których sprawował swój urząd. Różne postawy Jana Pawła II i Benedykta XVI potwierdzają fakt, że każdy papież ma prawo do swojej wizji służby i powołania. Poza tym papież nie odchodzi, tylko przekazuje władzę innemu. Na ogłoszenie swojej decyzji wybrał Światowy Dzień Chorego, co też ma swoją logikę.

– To wszystko znaczy, że zmienia się i wizja Kościoła?

– Coś wielkiego dzieje się na naszych oczach. Ludzie zadają pytania, jak to jest z obecnością Chrystusa w Kościele. Takie sytuacje to okazja do wyklarowania się nowej wizji Kościoła. Oczywiście diabeł będzie szukał sposobów, żeby mącić, nowinkarze chcą się bawić w czynienie zakładów, kto będzie następcą – ale bez brania odpowiedzialności za Kościół. Od wieków przetaczają się przez świat wojny, rewolucje, zawieruchy – z milionami ofiar. A czasie reformacji pół Europy odeszło od Kościoła Katolickiego, natomiast dołączyły Ameryka Południowa i Afryka. Pan Bóg ma tyle dróg… A my od 2 tysięcy lat czytamy tę samą Ewangelię, Chrystus nadal głosi tę samą prawdę, że człowiek jest dzieckiem bożym. Tak bardzo potrzebujemy stabilizacji społecznej i materialnej. Ale co robimy, żeby uzyskać stabilizację etyczną, stabilizację wiary? Pojawi się – już pojawia – wiele pytań, wiele spraw związanych z decyzją Benedykta XVI. To powinno prowadzić również do stabilizacji postaw. Uczestnicy konklawe mają możliwość badania stanu Kościoła i wybrania kogoś, kto może temu zaradzić. Trzeba się modlić, by było to owocne i napełnione obecnością Ducha Świętego. Dla wiernych to szczególna okazja do opowiedzenia się, do bardziej świadomej obecności w Kościele.

– Niektórzy jednak w tym czasie pytań i niepewności szukają przede wszystkim znaków…

– „…jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata” – te słowa Chrystusa są dla człowieka wierzącego największym oparciem. Wielu pamięta pogrzeb Jana Pawła II i wiatr, który przewracał karty Ewangelii. Ze znakami jest tak, że jedni je widzą i są przekonani, a drudzy – nie. Ci, którzy uwierzyli całkiem i bezwarunkowo – znaków nie szukają. Zamiast szukania znaków – tyle jeszcze wspaniałych rzeczy możemy zrobić: okazywać sobie miłość, uśmiechać się do siebie, dzielić się Dobrą Nowiną i dobrym słowem. I wierzyć, że nie idziemy w nieznane, tylko na najpiękniejsze spotkanie, jakie człowiek może przeżyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *