Alicja Pustówka pozostała w swych wspomnieniach

2004 grudzien– To zdjęcie zostało zrobione przed bramą wejściową do sądu w Nowym Targu, od strony ulicy Harcerskiej, najprawdopodobniej w połowie lat 50. Pierwsza od lewej to pani Zofia Gajewska, późniejsza żona sędziego dr Franciszka Ściory, druga to Wanda Ptaś, po mężu Czubernat, a trzecia Jadwiga Krokowska, potem Jachymiak – wyjaśniała mi przed z górą 6 laty pani Alicja Pustówka.

Teraz Pani Alicja nie żyje. Tymczasem nie wolno mi zapomnieć, że to dzięki niej, jej doskonałej pamięci, wspomnieniom, którymi się ze mną przez kilka lat chętnie dzieliła, wciąż żywym kontaktom z osobami, które po II wojnie światowej opuściły Nowy Targ powstała spora część, tej niezwykłej historii naszego miasta – Stolicy Podhala pt. „Nowotarskie wspomnienia zatrzymane w kadrze”. Książka, opowieść o nowotarżanach, opowiedziana przez nich samych powstawała przez ponad 5 lat. To Pani Alicja, obok wielu innych też już nieżyjących jej bohaterów, była prawdziwą skarbnicą wiedzy o Nowym Targu, jej mieszkańcach, także tych, którzy u nas spędzili tylko czas niemieckiej okupacji. To ona odkrywała przede mną, posługując się pięknym językiem, niezwykłe historie ludzi ze starych fotografii, pochodzących z archiwum Witolda Magierskiego, adwokata i pasjonata fotografiki, ojca mojego kuzyna Tomka Magierskiego, reżysera, mieszkającego w Nowym Jorku. To dzięki Pani Alicji poznaliśmy świat nowotarskich prawników, okupacyjne tajne nauczanie, przedwojennych profesorów liceum, ciekawe związane z nimi historie, postać Stanisława Piłata, przedwojennego mistrza Polski w boksie i siedmiokrotnego mistrza Europy, czy powojennego burmistrza Tomasza Magierskiego, prawnika, a nawet wiersze, które mu recytowała.2007 czerwiec2009 wrzesienburmistrzsad

Pani Alicja już nie podzieli się swymi wspomnieniami. Wiele z nich zostało, jednak z nami w mojej książce. Pozwalam sobie teraz oddać Jej głos, to dzięki tym wspomnieniom Pani Alicja, zostanie w sercach nowotarżan na zawsze. Dziękuję Pani Alicjo.

***

– W 1948 roku powstawał w Nowym Targu oddział zamiejscowy Sądu Okręgowego w Nowym Sączu. Wówczas sekretarki Jadwiga Krokowska i Zofia Gajewska zostały przeniesione służbowo z Nowego Sącza do Nowego Targu, obie były bardzo uczynne, miłe i zawsze uśmiechnięte. Pani Alicja wspomina, że wraz z nimi do naszego miasta przyszedł Jakub Stachyra, który był kierownikiem sekretariatu wydziału karnego. – Jadzia już w Nowym Targu wyszła za mąż za Andrzeja Jachymiaka i zamieszkała przy ulicy Świętej Anny w bardzo ładnym drewnianym domku z oszkloną werandą, pełnym wokół kwiatów, a zwłaszcza malw, które Jadzia uprawiała i kochała – mówi pani Alicja.
– Jadzia, można śmiało powiedzieć, że była święta. To była osoba opiekuńcza i litościwa – zapewnia pani Alicja. Do dziś wspomina, jak Jadzia zaopiekowała się pewnym recydywistą, którego sama resocjalizowała… – Pewnego razu pani sędzia Marszalik–Kuźniak sądziła znanego złodziejaszka, recydywistę wciąż wracającego za kratki. Jasiek, tak mu było na imię, nie miał żadnej rodziny, kradł, aby żyć. Był niski, z wiecznym uśmiechem na twarzy i lekko niedorozwinięty. Pomimo to był bardzo oczytany, przeczytał wszystkie książki z więziennej biblioteki. Umiał też doskonale liczyć. Tym razem Jasiek otrzymał jednak wyrok równy karze tymczasowego aresztowania…
Pani Alicja wspomina, że został zwolniony z sali rozpraw. To była jednak jego tragedia. Nie miał się gdzie podziać. Pani sędzina szukała dla niego lokum, zwróciła się nawet w tej sprawie do milicjanta Sabały. Niestety i on nie dał rady znaleźć dla niego miejsca na nocleg. Wówczas Jadzia oświadczyłam, że weźmie go do domu. – Pani sędzina i koleżanki oniemiały. Odradzały jej tego kroku. Mówiły, że on ją na pewno okradnie. Nie pomogły jednak perswazje. Jadzia umieściła go w pokoiku w przybudówce swego domku. Pani Alicja wspomina, że potem Jadzia utrzymywała Jaśka, wypożyczała mu książki w bibliotece, a on pomagał jej przy kwiatach. Gdy minęło sporo czasu, o Jaśka zapytała się pani sędzina. – A Jadzia odpowiedziała: jest u mnie – mówi pani Alicja. Ponieważ Jasiek nie miał jednak nawet dowodu osobistego, mąż pani sędziny po długich tarapatach wystarał się mu o dokument. Wówczas Jasiek wyjechał z Nowego Targu. Pani Alicja uważa jednak, że utrzymywał on kontakty ze swą chlebodawczynią. Dodaje, że Jadzia do końca pracowała w wydziale karnym mając bardzo odpowiedzialny dział tzw. wykonanie kary. Przypomina, że zawsze miała ona dobre serce. Z okazji imienin dla samotnego Jakuba Stachyry, nawet już po jego wyjedzie z Nowego Targu przygotowywała paczuszki. Tuż po przejściu na emeryturę pani Jadzia sprzedała dom i zamieszkała u swojej jedynej córki Hani w Waksmundzie. Teraz spoczywa na cmentarzu nowotarskim w grobowcu rodziny Jachymiaków.
Z kolei Wanda Czubernat, z domu Ptaś, w sądownictwie pracowała od 1952 roku, dlatego zdjęcie zostało wykonane najpewniej w połowie lat 50-tych. – Pani Wanda ma dwoje dzieci, syna w Chicago i córkę w Kopenhadze. Często do nich wyjeżdża. Dodaje, że z kolei pani Zofia Gajewska-Ściorowa tuż po przejściu na emeryturę wyjechała wraz z mężem z Nowego Targu.
Do połowy 1948 roku w Nowym Targu, podobnie jak w Czarnym Dunajcu i Krościenku, był Sąd Grodzki. Potem powstał okręgowy w Nowym Sączu, oddział zamiejscowy w Nowym Targu. Prezesem został sędzia Jan Cięglewicz. Rok później sądy grodzkie zostały zlikwidowane, a w ich miejsce powstał jedynie Sąd Powiatowy w Nowym Targu. Podlegał on już tylko Sądowi Wojewódzkiemu w Krakowie. – W związku z likwidacją sądów grodzkich do Nowego Targu z Czarnego Dunajca przeniesiono wielu urzędników i sędziów. Wśród nich była Emila Walicka, która pracowała w sekretariacie wydziału hipotecznego, komornik Tadeusz Ziembiński i Stanisław Ślimak, dyrektor hipoteki. Z kolei z Krościenka został przeniesiony Eugeniusz Czeremszyński, który miał ukochanego psa wilczura oraz sędzia Franciszek Hliniak. Pani Alicja wspomina, iż dla ułatwienia stronom udziału w procesach raz w tygodniu np. w Krościenku na sali obrad urzędu gminy odbywały się tzw. „roki sądowe”. Na miejsce przyjeżdżał wówczas sędzia z protokolantką i wokandą sądową.

***

Zdjęcie przestawia grupkę mężczyzn. – Pierwszy od lewej to Tomasz Magierski, ówczesny burmistrz miasta Nowego Targu, w środku stoi Franciszek Ściora, sędzia Sądu Okręgowego, wydziału zamiejscowego w Nowym Targu i późniejszy notariusz – mówi pani Alicja Pustówka. Dodaje, że pozostałych mężczyzn nie jest w stanie rozpoznać, natomiast samo zdjęcie zostało na pewno wykonane w 1949 roku na nowotarskim Rynku na linii ulic: Szaflarska – Kościuszki, tuż przed budynkiem, w którym znajdowała się Rejonowa Komenda Wojskowa.
– Pan Tomasz Magierski był interesującą postacią naszego miasta. Z wykształcenia był prawnikiem, a do wybuchu II wojny światowej radcą kolejowym w Poznaniu – zapewnia pani Alicja. Wyjaśnia, że wakacje 1939 roku wraz z rodziną żoną Marią i synem Witoldem spędzał w stolicy Podhala u swych rodziców. To tu została go wojna i to tu przeżył okupację. Kilka miesięcy po zakończeniu wojny został wybrany na burmistrza naszego miasta (pierwszym burmistrzem tzw. komisarycznym był Adam Szoski, adwokat. Rządził on kilka miesięcy). – To właśnie Tomasz Magierski w czerwcu 1946 roku zaraz po maturze zatrudnił mnie w magistracie na stanowisku sekretarki Komitetu Budowy Szkoły Podstawowej Nr 1 przy Placu Słowackiego – mówi pani Alicja. Wyjaśnia, że poprzedni budynek szkoły został przez Niemców zaminowany, a potem podczas działań wojennych wysadzony w powietrze.
Po zakończeniu budowy pani Alicja została przeniesiona do sekretariatu burmistrza. Zajęła miejsce pani Wandy Kromkay- Podstawskiej, która udała się na urlop macierzyński. – Burmistrz był szefem bardzo wymagającym, poważnym, rzadko się uśmiechał, jednocześnie był człowiekiem wysokiej kultury, który bardzo dbał o pracowników i polegał na nich. Zresztą byli oni doskonałymi fachowcami i niejednokrotnie sam burmistrz korzystał z ich rady, ale gdy była taka potrzeba, upominał ich… Łapówkarstwo i korupcja wówczas nie istniały. Pani Alicja wspomina, że zdarzało się, iż to ona – a nie jak zwykle sekretarz mgr Jan Kapłon – protokołowała posiedzenia. – Burmistrz Tomasz Magierski dyktował bardzo szybko, a ja czasami nie mogłam nadążyć pisząc ręcznie i bardzo się denerwowałam. On wtedy mnie uspokajał mówiąc: damy sobie radę… Pani Alicja podkreśla, że był zawsze nienagannie ubrany. Latem nosił jasno – popielaty garnitur, białą koszulę i dobrany do całości krawat. Na głowie zawsze miał kapelusz, tak jak i na tym zdjęciu. Latem jasny w kolorze garnituru z ciemną wstążką. – Zimniejszymi porami roku ubierał z kolei ciemnopopielaty garnitur i taki sam kapelusz. Gdy były uroczyste sesje rady miasta lub uroczystości państwowe, występował natomiast zawsze w czarnym garniturze i kapeluszu. Do tego stroju nosił krótki czarny płaszcz, czyli dyplomatkę z pluszowym kołnierzem. Pani Alicja dodaje, że nawet po pracy nie rozstawał się z nakryciem głowy. Kapelusz miał na głowie i wówczas, gdy pomagał mamie w gospodarce i powoził wozem drabiniastym lub furmanką.
Do dziś pani Alicja pamięta pewne imieniny pana Tomasza Magierskiego z 29 grudnia 1947 roku. – Był to jeszcze okres świąteczny, w pomieszczeniach stały lśniące choinki. Dr Chowaniec na poczekaniu ułożył wierszyk długi aż na dwie strony papieru kancelaryjnego, a ja w przeciągu godziny, jako najmłodszy pracownik, miałam się go nauczyć na pamięć. Choć miałam 19 lat postanowiono mnie dodatkowo „odmłodzić”. Musiałam ubrać granatową układaną spódnicę przed kolano, białą bluzeczkę i białe podkolanówki, we włosy miałam wpiętą wielką granatową kokardę. Solenizant zjawił się o godzinie 12. Wówczas pracownicy na sali obrad otoczyli go półkolem, a mnie wypchnięto na środek. Zaczęłam deklamować. W pewnej chwili poczułam pustkę w głowie. Dostałam szturchańca od Waci Legutkowej i mnie olśniło… Pan Tomasz był wyraźnie wzruszony, uśmiechnął się spod wąsa. Wziął mnie w ramiona, podniósł wysoko do góry i ucałował w czoło. Bardzo to przeżyłam. Pani Alicja dodaje, że do dziś utkwił jej w głowie pewien fragment tego wierszyka:
Ile latem baranów na Turbaczu bryka,
Ile razy w tygodniu zgaśnie elektryka,
Ile Twoi pracownicy w dniu wychylą szklanic,
Ile uchwał miejskich dotąd zeszło na nic,
Ile zimą do Równi fur wywieziesz gnoju,
Ile przez dzień klientów nie da ci spokoju…
– Tych ile było bardzo dużo – zapewnia pani Alicja i dodaje, że wiersz kończył się zwrotką:
– … Tyle szczęścia i zdrowia życzą ci pracownicy.
Niech ci życie płynie
Jak sanie po grudzie.
I niech Cię wreszcie docenią
nowotarscy ludzie.
Jak wyglądał wówczas urząd miasta? Pani Alicja do dziś pamięta najdrobniejsze szczegóły. Magistrat zatrudniał wówczas dwadzieścia kilka osób wraz ze strażnikami miejskimi. – Byliśmy zgraną rodziną, matkowała nam Wacia Legutkowa. Pracowała w dziale ogólnym i była alfą i omegą urzędu miasta. Wydanie przez nią jakiegokolwiek zaświadczenia dla strony było dosłownie kwestią kilku minut. Robiła to od ręki, nie zaglądając w żadne dokumenty ani ewidencję ludności, ani gruntów. Znała na pamięć nie tylko wszystkie nazwiska mieszczan, ale wiedziała też, kiedy się urodzili i jaki posiadali majątek – mówi pani Alicja. Wyjaśnia, że zastępca burmistrza był Kazimierz Nenko, a sekretarzem gminy najpierw był mgr Jan Kapłon, który równocześnie aplikował w sądzie i ostatecznie został adwokatem. – Na jego miejsce został zatrudniony Jan Zelek. Główną księgową była Zofia Kępowa, a kasjerem Marian Zapiórkowski. Podatkami obrotowym i dochodowym zajmował się Antoni Głąbiński, a gruntowym Lolek Święty. W rachubie urzędowała Kazia Pomorska, jednak już nie pamiętam, jakim działem się zajmowała. W małym pokoiku za rachubą urzędował inż. leśnik pan Klinger – wylicza pani Alicja. Dodaje, że na parterze po prawej stronie w jednym z pokoi był urząd ewidencyjny ludności. Na jego czele stał dr Franciszek Bobek. – Pracowała tam też Jola Szandrowska. Ewidencją, związaną ze sprawami wojskowymi, zajmował się pan Kudela, były więzień Oświęcimia. Urzędował tam też dr Chowaniec, weterynarz oraz Halina Czubernat i Zofia Knap. W powojennym magistracie było też chyba czterech strażników miejskich. Bardzo niskiego wzrostu był Magierski, wysokiego zaś Szeliga – mówi pani Alicja. Dodaje, że para ta rzucała się dosłownie w oczy… Niestety pozostałych nazwisk już nie pamięta.
Czym zajmowali się tuż po wojnie miejscy strażnicy? To oni – między innymi – podawali do publicznej wiadomości zarządzenia i ogłoszenia. A jak to wyglądało? – Strażnik miejski z przewieszonym bębenkiem ruszał na miasto i zatrzymując się w różnych punktach, bębnił donośnie. Zbiegali się wówczas nowotarżanie, aby go posłuchać. Odczytywał wtedy ogłoszenie lub zarządzenie – wyjaśnia pani Alicja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *