SPISZ/KRAKÓW. Kultowa scena Piwnicy pod Baranami w Krakowie wiele już widziała, doznała i praktycznie niczym zaskoczyć się nie da. Nic co płytkie, miałkie nie znajduje tutaj miejsca.A jednak na chwilę miało się wrażenie, jakby wszyscy obecni w Piwnicy, skupieni wokół tej sceny zatrzymali się, zastygli i na końcu wybuchli podczas wieczoru, w którym dotknąć można było bogatej kultury Spisza i przede wszystkim zrozumieć „pamięć czasu”, taki tytuł ma tomik wierszy zaprezentowany po raz pierwszy.
Wieczór autorski przygotowała Piwnica i został poświęcony twórczości poetyckiej Zofii Łukasz z Krempach. Jej twórczość została zauważona przez prowadzących Piwnicę, a także było bez wątpienia podziękowaniem za działalność społeczną i na rzecz kultury Spisza.
Przypomnę, Pani Zofia urodziła się w Nowym Targu, dzieciństwo i młodość spędziła w rodzinnym Rogoźniku, wyszła za mąż za Spiszaka i zamieszkała na Spiszu. Jest nauczycielem historii i wiedzy o społeczeństwie w Publicznym Gimnazjum nr 1 im. Jana Pawła II w Krempachach. Sukcesy w nauczaniu, jak powiedziała podczas spotkania, należą się i uczniom, bo sam nauczyciel bez nich jest nikim.
Piwnica wypełniła się do tego stopnia, że nawet stojących trzeba było upychać, chyba tego się nikt nie spodziewał i dla samych organizatorów okazało się zaskoczeniem. Przybyło wielu przyjaciół, wzruszająca była obecność matki Zofii Chowaniec. Miało się wrażenie, że to nie jest li tylko wieczór autorski, coś więcej się czuło. Dyrektor Bogdan Micek czyli szef impresariatu jak się tu mówi, nie ukrywał satysfakcji z tego wieczoru. To artyści Piwnicy – Tamara Kalinowska, Piotr Kuba Kubowicz, Maciej Półtorak z żoną Martą Honzatko, Agata Półtorak i gościnnie sopranistka Wika Bisztyga – wystąpili dla Zofii Łukasz, śpiewali, grali, deklamowali jej wiersze. Prowadził red. Wacław Krupiński, szef działu kulturalnego Dziennika Polskiego, chyba również zaskoczonego tym, co się działo wokół sceny, czego było się świadkiem, bo poddał się urokowi autorki i pozostał w jej cieniu.
Na zaproszenie Pani Zofii wystąpił zespół regionalny „Honaj” z Dursztyna, pod kierownictwem Stanisławy Sołtys i opieką muzyczną Leszka Szewczyka. Zespół swoją nazwę wziął od wzgórza, na którym stoi willa „Wichrówka”, znanego miejsca na trasie kurierskiej z Budapesztu do Warszawy podczas II wojny światowej. Zespół świadom tego, gdzie występuje naprawdę dał dobry występ, który pozostanie w pamięci wszystkich obecnych i przysporzy się popularyzacji kultury spiskiej.
Nie tylko poezja Zofii Łukasz tego wieczoru zaistniała na scenie Piwnicy, artyści zgrabnie wkomponowali się z twórczością Rainera Marii Rilkego, reprezentanta liryki symbolicznej. Byliśmy też świadkami niecodziennej recytacji, sam Bogdan Micek, przedstawił w swojej interpretacji wiersz napisany w czerwcu 2005 r. przez uczniów klasy IIIb dla swojej pani, do tego trzynastozgłoskowiec!
Przez cały wieczór Pani Zofia mówiła o swoim mężu, rodzinie, ani razu nie powiedziała o sobie „ja”. Dla męża i rodziny przerwała studia, na które powróciła po siedmiu latach, gdy była już matką trójki dzieci. Dziś ma ich siedmioro i można zrozumieć, co miała na myśli mówiąc o szczęściu rodzinnym! Dziękowała mężowi, bo to dzięki niemu pisze! Mobilizował ją i zajmował się dziećmi. Powiedziała znamiennie: – Jak się ma czas dla ludzi, to znajdzie się i na wiersze. A o swoim zawodzie również symptomatycznie: – Jestem historykiem i to jest skaza na całe życie. Gromadzę materiały i segreguję. Mam to zbieractwo po swojej babci, która zbierała chrust, czy był potrzebny czy nie, a z tego później był ogień.
Zadaje sobie pytanie: dla kogo się pisze? Mówiła o pokorze, o zrozumieniu u czytelnika, jak i o tym kto będzie chciał słuchać. Dlatego chce trafić do odbiorcy, znaleźć takie słowo, które ma zagrać w jego duszy, rozpalić go, a to staje się możliwe, jak się jest osobą szczęśliwą. Kiedy? Odpowiedziała, gdy się ma rodzinę, męża, ogródek, przyjaciół, swoje marzenia…
Przeczytała zaledwie dwa wiersze, za które sala biła brawa na stojąco. To były „Melancholia jesieni” i „Mój anioł”, szczególnie ten drugi, którego końcowy fragment zacytuję teraz bez podziału na wersy, niech każdy go sobie sam podzieli, jak będzie uważał za stosowne: – Jest też Anioł, co Chrystusa wspierał w ostatniej boleści, w biały rękaw ocierał krwawą łzę. Ja go znam, znam dobrze, nie przyniesie narcyzów i tulipanów na wiosnę, nie zaśmieje się perliście z grymasu chmurki latem, orła zimą w śniegu też nie zrobi, ani konika z jesiennych kasztanów. Anioł boleści, Anioł Chrystusa. Widzę go w twarzy Naszego Upośledzonego Dziecka… Czy Ty też masz doświadczenie Anioła?
Dodam do tego tylko jedno z ostatnich zdań, które zapisałem podczas tego wieczoru, po nim już nic więcej nie odnotowałem: – Żeby nie wpaść w pychę, mam stałe marzenia, które nie są do spełnienia: chore dziecko. Chciałabym aby nasze dzieci spotkały w swoim życiu takich ludzi jak mój mąż, żeby doznali tego, co my przeżywamy codziennie przy filiżance herbaty, którą robi.