NASZE INTERWENCJE. Do tego, że za postój przy Podhalańskim Szpitalu trzeba uiszczać opłaty, ludzie – aczkolwiek z bólem – przywykli. Ale nie ustają skargi na sposób „samoobsługi” parkingu. Sprawia to trudności zwłaszcza przyjeżdżającym po raz pierwszy od czasu zainstalowania parkomatu. Na stres związany z koniecznością przyjazdu do Szpitala nakłada się u ludzi zdenerwowanie towarzyszące całej procedurze dokonywania i potwierdzania płatności.
Kłopoty mają nawet osoby raczej „kumate”.
Tak oto wygląda relacja naszego Czytelnika, klienta parkingu (z wykształceniem wyższym technicznym):
– Na parking wjechałem o godz. 17.30, przez szlaban. Przy głównym wejściu jakoś znalazłem parkomat i pobrałem bilet z urządzenia. Już w tym momencie nie wiedziałem, co mam z nim zrobić, bo nie było żadnej instrukcji… Schowałem więc do kieszeni. Szpital opuszczałem półtorej godziny później. Włożyłem bilet do tego samego urządzenia, ale nie chciało go sczytać. Po dłuższych perypetiach kazało włożyć 5 zł. Nie miałem akurat 5, więc chciałem wrzucić 3 razy po 2 zł, bo podobno przyjmuje monety 1, 2 i 5 zł. Nie chciało połykać, zamykało się. Kilku prób potrzebowałem, żeby się zorientować w metodzie: wpust zostanie otwarty dopiero jak się przyłoży daną monetę do sczytania. W środku chodzi jakiś oscylator – długo to trwało, zanim zidentyfikował dwuzłotówki. Po iluś minutach urządzenie wypluło wydruk. Wziąłem go, ucieszony, że to już koniec procedury, choć dość długo trwało jeszcze wydawanie reszty. Co się w tym czasie stało z włożonym wcześniej biletem – naprawdę nie wiem – albo go automat połknął, albo wiatr zwiał, bo strasznie wtedy wiało. Ale miałem wreszcie wydruk… Pakujemy się do auta, podjeżdżam pod szlaban i wkładam wydruk do okienka. Próbuję z jednej i z drugiej strony. Nic z tego… Za mną już stoi busiarz, który chce przejechać. Pytam go, czy nie wie, dlaczego to nie działa. Zanim mi zdążył coś powiedzieć, wychodzą ludzie z budki i od razu do mnie: że nie mam biletu i zapłacę 100 złotych kary. Bo wydruk wcale nie jest dowodem, że zapłaciłem za parkowanie… Zdenerwowałem się, nie rozumiejąc, czemu obsługa jest arogancka i od razu zakłada, że jestem oszustem, jeżeli zapłaciłem… Przecież nie mogłem wjechać na parking inaczej niż przez szlaban, bo przez polanę się nie da… Kawałek dalej stał jeszcze jeden pan, który też nie wiedział, co zrobić. Przepychanki przy szlabanie trwały około dwudziestu minut, do momentu, aż żona wyskoczyła z samochodu, bo małe dziecko zaczęło nam płakać.
Pytania nasuwają się same. Jeżeli ludzie dorośli i sprawni mają kłopoty na parkingu, to cóż dopiero osoby starsze, poruszające się z trudem? Wielu pyta, dlaczego – bo jest tak na wielu parkingach – w Nowym Targu nie wystarczy budka z jednym inkasentem i w „biurze” parkingu muszą siedzieć aż trzy osoby, podczas gdy jeden inkasent zapewne byłby tańszy, wtedy może i zysk dla Szpitala większy. Wielu pyta o inkasenta lub szuka parkomatów przed wejściem od strony podjazdu dla karetek, a tam nie ma żadnej informacji. Poza tym, odkąd na przełomie stycznia i lutego wprowadzono opłaty parkingowe, przez większą część dnia trudno przebić się drogą koło cmentarza od strony Skotnicy – to tam właśnie parkują auta, które „uciekają” z parkingu przy Szpitalu. Inni z kolei zwracają uwagę, że opłaty są za wysokie, bo wyższe niż w sąsiednich miejscowościach, zważywszy fakt, iż parking jest niestrzeżony. Jeszcze inni postulują, żeby parking obsługiwała firma nowotarska, a nie zewnętrzna; uważają, że parkometr trzeba koniecznie przenieść do holu, bo trzy razy w zimie już zamarzał, poza tym przy głównym wejściu hula wiatr i porywa wydruki, a Szpital nie jest przecież miejscem rozrywki – ludziom nierzadko trzęsą się ręce ze zdenerwowania. Tyle głosów i uwag.
– Podzielam pogląd, że jest to trochę skomplikowane w obsłudze i rozumiem utyskiwania – mówi dyrektor Podhalańskiego Szpitala Specjalistycznego, Marek Wierzba. – Ludzie mylą bilet z wydrukiem, czyli z paragonem. Spróbujemy wspólnie z dzierżawcą zastanowić się nad tym wszystkim i pójść w takim kierunku, żeby system był prostszy i sprawniejszy. Wewnątrz na pewno uda się wygospodarować miejsce na parkomat.
Zaznacza jednak szef placówki, że limanowska firma na dzierżawcę i organizatora parkingu została wybrana w przetargu, a Szpital oceniał oferty pod kątem atrakcyjności finansowej. Akurat ten dzierżawca gwarantuje, że 55,1 procenta przychodu z parkingu pójdzie do kasy Szpitala. 44,9 procenta zostaje dla firmy, która najpierw zainwestowała w kupno i instalację urządzeń, a teraz spoczywa na niej obowiązek letniego i zimowego utrzymania parkingu wraz z otoczeniem Szpitala, włącznie z koszeniem lądowiska. Miesięcznie parking zasila Szpital kwotą ok. 20 tys. zł i dyrektor jest z tego zysku zadowolony. Dzierżawca reaguje również na uwagi dotyczące utrzymania terenu Szpitala.
Współpraca wyglądałaby naprawdę dobrze, gdyby nie skargi, z którymi klienci parkingu trafiali również prosto do dyrekcji.