XIII Jarmark Podhalański – pod patronatem naszej gazety internetowej PODHALE REGION
NOWY TARG. Pierwszego dnia Jarmarku, pod wieczór, na rynek ściągnął tłum nieprzebrany. Wiadomo – „Śwarni” mieli wystawiać „Chłopskie niescęście”. A hyr o tym spektaklu szedł już od przednówka, kiedy na scenie MOK-u odbyła się premiera.
Widowisko
według
gawędy
Anieli
Gut-Stapińskiej
w międzyczasie
było wystawiane
kilkakrotnie,
zdobyło też
Grand Prix
I Małopolskich
Spotkań Teatrów
Amatorskich –
Posiady
Teatralne
na Orawie
wśród
18 grup
z 9 powiatów
naszego województwa. Pewne więc było, że publika się nie zawiedzie. A od premiery zdążyli „Śwarni” dodać do tego kapitalnego spektaklu jeszcze parę scenicznych pomysłów.
– No toś się dozynił!.. – z rozpaczą jęknął kumoter, zbierając w finale z dyli to, co po jego kompanie, góralskim zawadiace zostało. I ten żałosny jęk starczył za całą puentę uwspółcześnionej sztuki.
Litość nad sponiewieranym, potarganym, stłuczonym na kwaśne jabłko bohaterem musiała być wielka. Ale i pociecha ogromna dla wszystkich chłopów na rynku, że – wracając do domu – nie zostaną powitani taką furią złości, powodzią obelg i kuksańców, jaką Bogu ducha winnego chłopa częstowała od progu jego ślubna „suszyca z wolem”. A częstowała z taką wprawą i fantazją, że jej samej trudno było na scenicznych deskach opanować śmiech.
Nieszczęsne chłopisko w nieskończoność by pewnie znosiło swoją nędzną dolę i seksualne molestowania, gdyby złej babie od tego wrzasku krowy się nie „wysuszyły” i nie musiała pognać Józka „na jarmak” po kozę.
W chałupie odwagi nie miał w sobie Józek ani krzty, jednak droga pełna paniuś powabnych; „jarmak”, kramy, kumotry, szynkwas, gdzie stukają o siebie kufle i flasze, tumult, muzyka – to inny świat… Dowiózł do miasta tylko kopę potłuczonych jaj, ale nic to.
Znalazł tam zahukany, dobity Piporas i zrozumienie, i pocieszenie, i dobrą radę: – Nie doj sie, babe bij!
Jak już ciężkiego łba nie mógł podnieść znad stolika zastawionego szkłem i aluminium – zasnął w karczmie snem odważnych. I duch z niego wyfrunął, żeby tańczyć, bawić się, igrać ze swawolnymi dziewuchami.
Przebudzenie było ciężkie, ale postanowienie mocne: już się więcej wściekłej babie poniewierać nie da.
Uwiązał więc na postronek do wozu starego barana – co go w pijanym widzie kupił jako kozę – i w drogę ku chałupie.
Szło mu niesporo, bo to i z koniem trzeba zakurzyć, i pogwarzyć, i dychnąć trochę…
Ale dotarł i zwalił się do spania. Od rana – wrzask, złorzeczenia i bitka… Piporos już jednak mądry był radami kumotrów od flaszki. I jak się nie postawi obmierzłej babie…
W okamgnieniu scena zmieniła się w małżeński ring – z całą jego poetyką, otoczką i muzycznym podkładem. Miała swoich kibiców i ekipę Józkowa baba, miał też on. Od tych wypadów, ataków, zwarć, natarć, podskoków i sromotnych upadków – kurz szedł z desek. No i doigrał się Józek Piporas, „wypierdek marusyniański, ciućmok zatracony”… O własnych siłach już nie wstał z dyli.
Czego „Śwarni” dokazali na scenie – opisać trudno. Sama łóżko (na kółkach, z numerem rejestracyjnym), zmieniało się co rusz: z małżeńskiej łożnicy w drabiniasty wóz, z wozu – w jarmarkowy kram, z kramu – w szynkwas. Reżyserska fantazja Marcina i jego kompanii była niespożyta. Do tego spektakl nurzał się w żywiole góralskiej muzyki – i tej, co od wieków rozbrzmiewa po dziedzinach i tej, co ją (tfu!…) pop-kultura roznosi po dyskotekach, knajpach, biesiadach, dworcach PKS-u.
Scenograficznych pomysłów – jako choćby na kozę i barana – było multum i wszystkie tylko wzmagały uciechę. Wyzwiska – majstersztyk… Aktorskie kreacje – brawurowe. Tempo akcji – momentami zawrotne. Śmiech się niósł po rynku gromki i wielu już pytało o następne widowisko „Śwarnych”.
Fot. Anna Szopińska