NOWY TARG. Brawa były zasłużone. Wiele osób w niedzielny wieczór przyszło, żeby w wykonaniu Grupy Dorosłych zobaczyć na scenie Miejskiego Ośrodka Kultury premierowe „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna”, na kanwie głośnego dramatu chorwackiego pisarza Ivo Bresana. I nikt nie żałował. To było wydarzenie sceniczne dużej miary, choć w wykonaniu amatorów.
Juliusz Chrząstowski jako reżyser znów wykrzesał z aktorów-amatorów świetne kreacje, co więcej – pozwolił im być współtwórcami spektaklu. A sprawa była tego godna.
Bo „Hamlet” to dramat wszechczasów. Rozgrywa się zawsze i wszędzie tam, gdzie żądza władzy i chciwość rodzą zbrodnię; gdzie pełza fałsz, wina pozostaje bez kary, bo przyzwalają na to strach, obojętność i milczenie świadków. „Hamlet” to rzecz o budzeniu się sumienia i odwiecznym dylemacie osamotnionego, udającego obłęd księcia Danii: czy mścić zbrodnię, czyniąc kolejne zło?
Chorwacki dramaturg przeniósł ten dylemat w epokę socrealizmu, duński dwór zmienił na spółdzielniany folwark, poddany władzy z pozoru dobrodusznego, ale groźnego w swojej obłudzie sekretarza Bukary. Wytyczne centralnych czynników kazały mu uaktywnić „na niwie kultury” wiejską społeczność Głuchej Dolnej. Gdy jedna z robotnic relacjonuje swój przypadkowy pobyt w miejskim teatrze – podsuwa mu niechcący pomysł na wystawienie… „Omleta”.
Tylko że tekst dramatu trzeba sprowadzić do poziomu aktorów. I przymuszona do tego zostaje jedyna piśmienna osoba – miejscowa nauczycielka. Spółdzielniana załoga – najpierw kpiąca z sekretarza Bukary i aktywisty Siwaka, wkrótce bierze sobie za punkt honoru zmierzenie się z „imperialistycznym dramatem”. Bo cóż to trudnego dla pracującego ludu… Wystarczyło połechtać ambicję.
Odtąd akcja rozgrywa się w dwóch planach: na scenie trwają przygotowania do wystawienia parodii „Hamleta”, we wsi zaczynają się aresztowania związane z defraudacją spółdzielnianych pieniędzy. Realność wdziera się do sali prób i na scenę.
W efekcie podejrzeń i osaczenia wiesza się niesłusznie oskarżony o to stary Jarema. Jego zrozpaczony syn postanawia dociec prawdy i pomścić śmierć ojca na sprawcach tragedii. Znajduje dowody, wymusza zeznania i… wszystko wskazuje na sekretarza Bukarę. Ale wtedy rodzina, przyjaciele, znajomi Jaremy – stają się głusi i obojętni. Syn niewinnie oskarżonego i zaszczutego – ze swoją wiedzą, prawdą i racją zostaje sam. Totalitaryzm i ciemnota pokazują swoje groźne oblicze. Światło gaśnie.
Juliusz Chrząstowski rozegrał te wielowątkowość dramatu Ivo Bresana nawet w trzech planach, spółdzielnianą załogę łącząc z tłumem widzów. Ale tylko dopóki kpi z sekretarza. Bo gdy tylko da się wciągnąć w jego demagogiczną grę, w wir wieców i wystąpień; gdy da się upoić wódką i myślą o „Omlecie” – już wychodzi z tłumu, już rządzi się innymi prawami.
Drugi plan to sceniczne dzieło spółdzielców, pokazane w postaci chropawego, czarno-białego filmu z projektora, przerywanego propagandowymi wstawkami rodem PRL-u. Socrealistyczna stylistyka, z rekwizytami w postaci plakatów i popiersia Lenina, tworzyła klimat spektaklu, nadawała smaczków. Podobnie jak prawie że festiwal PRL-owskiej piosenki zafundowany na scenie przez chór wykonawców i Macieja Mikulskiego, jako autora muzycznej aranżacji.
Teraz, po tak udanej premierze, pozostaje czekać na datę powtórki z pomysłowego spektaklu.