INTERWENCJE TOWARZYSTWA OPIEKI NAD ZWIERZĘTAMI. Wczoraj ok. szóstej rano kobieta idąca ul. Św. Anny, na odcinku między rondem im. Ks. Tischnera a cmentarzem zobaczyła leżącego psa. Czarno-biały czworonóg nie mógł się ruszać o własnych siłach. Ale nie był potrącony przez samochód – na skórze miał rany kłute.
Wyraźnie wskazywało to na pobicie. Przy ledwo żywym zwierzęciu trzymał wartę inny pies. Trzy godziny później ranny pies nadal leżał w tym samym miejscu. Kobieta zadzwoniła po pomoc do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Interwencja była szybka – zaraz przyjechał właściciel schroniska, żeby zabrać nieszczęśnika do udzielenia pomocy weterynaryjnej. Ale po psie nie było już ani śladu… Rozpytywał w pobliżu, lecz bezskutecznie.
– Ktokolwiek wie, gdzie się podziało to biedne zwierzę, jaki był jego dalszy los – prosimy bardzo, żeby dał nam znać – mówi poruszona tą sprawą pani prezes nowotarskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, Maria Wojtasiewicz.
Ranny pies był ponoć zadbany, z obróżką. Trudno wykluczyć, że ktoś w amoku czy pijanym widzie wyładowywał na nim agresję, dźgając ostrym narzędziem, a potem ukrył ledwo ciepłe zwierzę, żeby nie było śladu przestępstwa. Nie widomo, czy pies jeszcze żyje.
– Nie ma dnia bez interwencji – mówi pani Maria. – Odbieramy sygnały nie tylko z miasta i okolic, ale i z dalszych stron: z Gorlic, z Chrzanowa… Część odpowiedzialnych za zły stan zwierząt to ludzie sami biedni lub niezaradni. Jesteśmy też wzywani w sytuacjach, gdy właściciel zwierzęcia zostaje umieszczony na oddziale psychiatrycznym. Z tego powodu musieliśmy się właśnie zaopiekować psem, a przez jakiś czas trzeba było karmić i psa, i cielę…
Turystka z Bydgoszczy, która wiosną mieszkała na Harendzie, zgłaszała Towarzystwu, że pies trzymany w jednym gospodarstwie łapę ma jakby zmiażdżoną. Kiedy przyjechała tam ponownie, stan był jeszcze gorszy: łapa psa była znacznie krótsza i trzy razy grubsza od normalnej. Opuchlizna świadczyła o silnym stanie zapalnym. Weterynarze wiedzą z doświadczenia, że ranami u zwierząt bardzo szybko zajmują się muchy, a co za tym idzie – robactwo. Dochodzi do procesów gnilnych i zakażenia. Czasem psy zostawione bez pomocy odgryzają sobie kawałek kończyny.
Właścicielka psa z Nowego Targu zawiozła swojego czworonoga ze złamaną łapą do weterynarza w Zakopanem. Weterynarz zrobił operację, założył gwóźdź. Po dwóch miesiącach trzeba było zawieźć psa do weterynarza ponownie, ale tego już właścicielka nie zrobiła. Zwierzę nadal powłóczy łapą…
Z Maruszyny napłynęło właśnie zgłoszenie, że przy płocie w gospodarstwie uwiązana jest młodsza wilczyca. Rodzina – ponoć niepełnosprawna umysłowo, więc kontakt utrudniony. Sukę dokarmia sąsiadka, ale sama też ma trzy psy.
Właściciel domu niemalże w centrum Nowego Targu wyjechał, zostawiając swojego psa na krótkim łańcuchu, bez jedzenia. Interweniowała policja, przyjechali członkowie Towarzystwa, żeby zwierzę dokarmić. Ale gdzie jest właściciel i kiedy wróci – nie wiadomo…
Telefon z prośbą o interwencję był nawet spod Chrzanowa. Chodziło o psa uwiązanego na betonie i cały dzień w upale, bez wody. Właściciel dostał miskę na wodę dla psa. Ponoć już ją napełnia.
Z Gorlic dzwonił po pomoc młody chłopak, który razem ze swoim psem musiał… nocować w parku. Chłopak codziennie chodził do pracy, a jego ojciec, gdy tylko był pijany, groził, że zwierzę zabije i rzeczywiście próbował to zrobić. Sprawę trzeba było skierować do sądu.
Alkohol był też powodem, że pewna niepracująca pielęgniarka z Zubrzycy zostawiła na łasce losu swoje trzy psy.
W Kluszkowcach potężnego boksera właściciel uwiązał przy budzie, na łańcuchu z kolczatką. Bokser to tymczasem rasa o wyjątkowo krótkiej sierści i zimą nie może mieszkać zewnątrz. Tu interwencja Towarzystwa jednak pomogła. Właściciel zmienił kolczatkę na obrożę i obiecał, że na zimę weźmie boksera do garażu.
Spraw zgłaszanych nowotarskiemu Towarzystwu jest bardzo wiele – różnego rodzaju i kalibru. Gdyby nie osobiste zaangażowanie członków, środków i składek nie starczyłoby praktycznie na nic.
Spływają też do Towarzystwa prośby o ogłoszenie i znalezienie domu dla szczeniaków czy kotków. Jak ta:
Mam do oddania w dobre ręce dwa dwumiesięczne szczeniaczki. Mają sympatyczne usposobienie, lubią się bawić i nie są głośne. Wyrosną na średniej wielkości psy do około 40 cm wysokości, raczej szczupłe. Są to kundelki, suczka oraz samiec (samiczka drobniejsza, piesek z bardziej odstającymi uszkami). Chcę oddać szczenięta, ponieważ nie mam odyna Gracjasz
Sidzina 973
34-236 Sidzina
powiat suski
nr telefonu kontaktowego : 503716009
Gorąco proszę o pomoc !