POLSKA-SŁOWACJA. Promocja polsko-słowackiego albumu „Z Nowego Targu do Kieżmarku. Stroje ludowe pogranicza polsko-słowackiego” była prawdziwie międzynarodową imprezą. Dobrze, że sala Państwowej Szkoły Muzycznej mogła zmieścić i widzów, i zespoły.
Cenną publikację
udało się miastu
wydać dzięki unijnemu
dofinansowaniu, a prezentacja albumu stała się radosnym świętem górali z obu stron Tatr – tych, którzy identyfikują się ze swoim miejscem na ziemi, przywdziewając strój, i tych, którzy go tworzą, czyli całej rzeszy ludowych rękodzielników: krawców, kożuszników, szewców, kaletników, hafciarek i hafciarzy. Także tych, którzy użyczyli archiwalnych fotografii z domowych archiwów.
W ramach projektu, którego koordynatorem był Marcin Jagła – szef wydziału promocji w nowotarskim magistracie – stroje były wcześniej prezentowane dwukrotnie, po obu stronach granicy: raz w słowackim Kiezmarku, a drugi raz w Nowym Targu, na ubiegłorocznym Jarmarku Podhalańskim. Rolę modelek i modeli spełniali za każdym razem członkowie regionalnych zespołów: „Młodego Podhala” działającego przy Podhalańskiej Wyższej i „Kicory” z Lendaku. Zdjęcia do albumu były wykonywane między innymi we wnętrzach prywatnego muzeum etnograficznego, które założyła w Lendaku pani Helena Gallikova, nader życzliwie podejmując tam twórców albumu i ekipę fotograficzną. Promocja oczywiście nie mogłaby się obyć bez niej. I bez całej „Kicory”, która dała brawurowy popis swoich możliwości, zwłaszcza w tańcu „z flaszkami”.
Ale gości zza miedzy było znacznie więcej. Ze Zdziaru przyjechał znakomity krawiec, wytwórca słynnych po obu stronach granicy góralskich portek – Peter Michalak. Razem z nim – restaurator i świetny kucharz, właściciel pensjonatu, Daniel Bekes ze swoją nowotarską żoną Anetą.
Byli i goście zza
„Wielkiej Wody” – aktualna
Królowa Związku
Podhalan Ameryki Północnej
Zuzia Sołtys, rodzina Buńdów. Przypadkiem znaleźli się na promocji i Francuzi.
Za tło sceny posłużyły manekiny odziane kożuszkami z pracowni Jana Mieczysława Guziaka. On bowiem, jako i rodzina Piotra Pawlikowskiego-Blachorza, kultywuje w Nowym Targu tradycyjne wzornictwo i zdobienie kuśnierskich wyrobów. Postać z książki to też bukowiański krawiec Józef Wojtas rodem z Jurgowa, który szyje portki i dla podhalańskich górali, i dla tych z Lendaku.
Najstarsze ubiory przywdziali natomiast do prezentowania zespołowicze z „Młodego Podhala”, pokazując, jakim przemianom podległ strój góralski od XIX wieku do dziś, co miało na niego wpływ i jak odbiły się na nim różne „miastowe mody”, emigracja zarobkowa, przepływ towarów i materiałów.
Partnerem Nowego Targu w projekcie poświęconym dokumentowaniu strojów ludowych pogranicza był słowacki Kieżmark. W trakcie realizacji zebrano ok. 6 tysięcy zdjęć. To przesądziło o albumowym charakterze wydawnictwa.
Autorami albumu są etnografowie: największy autorytet na słowackim Spiszu: 91-letni dziś i też goszczący na promocji doktor Jan Olejnik oraz zafascynowana podhalańskim strojem badaczka kulturowych przemian na szerokim Podtatrzu – Stanisława Trebunia-Staszel. Plon ich pracy to wydawnictwo cenne i piękne.
Za honor współpracy młodsza autorka serdecznie dziękowała przy promocji swojemu słowackiemu koledze po fachu.
– Ta książka jest inna niż
poprzednie – z kilku
powodów – mówiła
Stanisława Trebunia. – Po pierwsze – chciałam rozszerzyć te wątki, które w pośrednich publikacjach były pomijane. Sięgnęłam do innych źródeł, chciałam pokazać trochę nowych twarzy. Szerzej omówiłam bardzo ciekawą publikację z 1926 r., autorstwa Władysława Gądzikiewicza, o właściwościach higienicznych stroju góralskiego. Badając góralski ubiór pod każdym względem, doszedł on bowiem do wniosku, że jest optymalnie dostosowany do warunków klimatycznych. Pozwoliłam sobie też w tej książce na zaangażowany ton. Uczono nas co prawda, że etnograf prowadzi badania, opisuje, ale nie ocenia. Tu jednak piszę jak ktoś, komu ta kultura jest bliska. Chciałam też pokazać osoby, które przez swoje zaangażowanie tworzą kulturę tej ziemi: wytwórców sukna, hafciarzy, kreatorów mody, ale i was, którzy te stroje nosicie, bo dzięki temu pięknie jest na Podhalu. Jak jest wesele, przyjedzie tłum ludzi tak ubranych, to czuć tę radość…
Nowatorstwo polsko-słowackiego albumu to również wyjście poza granice Podhala i Polski, na obszar słowackiego Spisza, zanurzenie w całym bogactwie i różnorodności pogranicza.
– Dzięki tej książce mogłam poznać wspaniałych ludzi – mieszkańców Zdziaru, Lendaku, Kieżmarku – przyznała autorka. – Wyjazdy były ważnym osobistym doświadczeniem. Ciepłe, serdeczne „Witojcie” pani Heleny Gallikovej, wypowiedziane w gwarze, jaką pamiętam z dzieciństwa, to było coś niesamowitego… Peter Michalak w swoim domu opowiadał o „cyfrowańcach”, które robi, o stroju i szyciu. Te spotkania uświadomiły nam, że tworzymy jedną wspólnotę – bliską kulturowo, duchowo, mentalnie. I że w tej jedności możemy być dla siebie, bo najważniejszy jest człowiek. Pogranicze to jest spotkanie kultur, a ze spotkania zawsze rodzi się coś inspirującego, nowego. Mam nadzieję, że i to spotkanie dostarczy tej pozytywnej siły.
Dla bratnich góralskich dusz krzepiące były te słowa, a dla ciała – kończąca imprezę gościna przy stole, ze wspólnym śpiewem i serdecznymi pogwarkami. Tych kilka godzin dla Podhala i słowackiego Spisza uczyniło chyba nie mniej niż kiedyś cięcie granicznych szlabanów.